2009/06/20

zycie codzienne

elo!

po postach podrozowych czas zeby napisac co sie dzieje na codzien, bo my wbrew pozorom robimy cos innego od jezdzenia w kolko po tasmanii. a wiec pierwsze zdjecie (troche juz nieaktualne bo sprzed dwoch tygodni) przedstawia polski stolin na UTASIE. nasze gniazdko bylo na 2 pietrze, bo tam bylo wzglednie cieplo, chociaz i tak kiepsko jak na australie. tak wogole to chyba ci ludzie tutaj z tasmanii sa duzo lepiej przystosowani do niskich temperatur niz my. u nas sciany sa grube, ocieplone i tak dalej, i jak jest zimno, to sie po prostu odpala piec. a tutaj domy sa drewniane, sciany cienkie i malo kto ma centralne. na przyklad u grodona, w hobart gdzie mieszkalismyy przez 4 ostatnie dni, do wczoraj grzeje sie tylko tam gdzie sie siedzi, a w nocy nie grzeje sie wogole. wiec wszystkie 9 osob (4 domownikow + my) siedzialo wieczor w salonie, bo tam byla odpalona farleka. jak sie chcialo przejsc do kuchni, lazienki albo pokoju to albo trzeba to bylo zrobic szybko albo ubrac szalik.

no, to byla taka mala dygresja na temat temperatury, ale chyba na miejscu. w kazdym razie troche przy tym naszym stoliku posiedzielismy (11 komputerow na 5 osob!), a niktorzy ludzie nie spali po dwie noce pod rzad tylko cos tam na komputerach stukali. za to teraz sa ferie i na UNI nie ma zywej duszy!

a na dwoch nastepnych zdjeciach ladujemu powoli nasze meble i wywozimy je do TIP SHOPU, skad je kupilismy. nie ma co ukrywac, z tasmanii wyjezdzamy za 12 dni, po drodze odwiedzaja nas rodzice wery i moi, tak wiec czasu za duzo nie ma. potem jeszcze 3 tygodnie na mainlandzie (nie wiem jak to przezyjemy w 5 na 3 metrach kwadratowych, ale jakos bedzie trzeba) i widzimy sie na lotnisku (jerzy, nie nawal tym razem).

no, to by bylo na tyle, chcialem jeszcze zauwazyc, ze dzisiaj dobilismy do 4000 odwiedzin. dziekujemy i gratulacje za wytrwalosc!

pozdro od stesknionych!





2009/06/19

300100 metrow!

Elo, elo!

Jak wam pewnie dziewczyny pisaly wczesniej, w piatek tydzien temu wyjechalismy na rowerach z lonnie do Hobart. wbilismy sie w nasze pedalskie gatki i o 7.30 rano, prawie po ciemku ruszylismy... w zupelnie inna strone niz hobart, bo na polnoc. zreszta cala trasa jest z grubsza zaznaczona na mapie.

przed wyjazdem myslalem sobie tak: na rowerze to sie jedzie tak z 20 kilometrow na godzine, wiec jak sie 3 godziny po pedaluje, to 60 kilometrow zrobione. niestety, moze i tak jest jak sie jest zawodowcem, ale w moim przypadku to sie nie bardzo sprawdzilo. po pierwszych 45 kilometrach, jak dojechalismy do miesciny o nazwie westbury, to myslalem ze nie zrobie juz ani jednego obrotu korba wiecej i trzeba mnie bedzie ewakuowac z powrotem. no, ale zjedlismy jakies parowki z bulka czy cos takiego i jakos poszlo. w kolejne dni bylo juz na szczescie coraz lepiej, ale i tak nie za latwo. a wiec:

dzien 1: launceston - bracknell, 72 kilometry, konkretny kryzys pod westbury

dzien 2: bracknell - arthurs lake, 56 kilometrow, ale strasznie hardkorowych, bo z wysokosci 200 m musielismy podjechac (a wlasciwie podejsc na 1200 m). na koniec dnia wyladawalismy jeszcze przez przypadek na jakims bagnie, a cala noc lalo, wiec dzien raczej z tych ciezszych.

dzien 3: arthurs lake - bothwell, 53 kilometry i to w dodatku caly czas z gorki - dzien odpoczynkowy. mimo, ze caly czas lalo to nie bylo wcale tak strasznie. na wieczor udalismy sie do knajpy (jedynej) w bothwell (400 mieszkancow), gdzie integrowalismy sie z lokalnymi farmerami, a ja wygralem szalik w promocji piwa. bardzo mily pan wlasciciel dal nam jeszcze w prezencie po czapce z tej samej promocji i pokazal nam rower szosowy, ktory kupil od polskiej reprezentacji olimpijskiej na sydney 2000

dzien 4: bothwell - molesworth, 87 kilometrow, rekordowo, ale za to juz bylismy zaprawieni w bojach. niestety w miejscowosci new norfolk, gdzie planowalismy zanocowac na kempingu pan poinstruowal nas ze o tej poze roku nie spi sie w namiocie, bo jest zimno i mokro (chociaz nasze 3 poprzednie noclegi to wlasnie byl namiot) i nas nie przyjal, bo podobno to by bylo nie fair z jego strony. wiec na dokladke musielismy jeszcze zrobic 12 kilometrow pod gorke i rozbic sie z namiotem na bena przed remiza w bracknell. minus 5 w nocy tez nas troszke zmiazdzylo.

dzien 5: molesworth - hobart, tylko 32 kilometry, na dzien dobry 6,7 kilometra podjazdu, ale potem tylko triumfalny wjazd do miasta, pelne slonce i 15 stopni - taka zima jest ok. no i oczywiscie bylismy w hobart szybciej niz dziewczyny, mimo, ze na rowerach :)

niestety nie bedzie fotorelacji (ale na prawde bylismy na tej wycieczce), bo aparat nam sie nie zmiescil do i tak wypchanych bagazy. w sumie zrobilismy dokladnie 300 kilometrow i 100 metrow.

pozdro 600 i 900!