Kochane Bobasy!
Ciocia opowie Wam teraz o następnym punkcie wycieczki spring-break-owej, jakim była wizyta wioski Erthidge, zamieszkałej przez rdzennych Amiszów. Tak, Julo, Amiszów, wszyscy wiemy jak bardzo interesujesz się tą grupą społeczną, dlatego dedykujemy tego posta Tobie.
Otóż dzień był przepiękny, już od rana świeciło słoneczko a chmurki poznikały. Uśmiechały się nasze buzie wyczekujące kolejnych przygód. Wsiedliśmy rano do naszej złotej fury i kierując się na południe jechaliśmy i jechaliśmy, aż naszym oczom ukazał się drogowskaz zapowiadający Erthridge. Zatrzymaliśy się i najpierw poszliśmy obejrzeć przydrożny jarmark amerykanskich staroci i rzeczy nieprzydatnych (to w sumie synonimy) - od zabawek po stare narty wodne. Jako, że wyjątkowo nie mieliśmy niczego do sprzedania na stanie, opuściliśmy to miejsce i pojechaliśmy oglądać wioskę Amiszów.
Amisze to grupa ludzi, która przyjechała do Stanów z Niemiec w latach 40. Charakteryzują się tym, że nie używają w ogóle elektryczności, nie posiadają żadnych nowoczesnych urządzeń, żyją bardzo prymitywnie, jakby się zatrzymali w czasie. Nie mają samochodów, jeżdżą zaprzęgami konnymi, wszystko budują z surowców naturalnych i jedzą tylko to, co im da Matka Ziemia. Panowie się nie golą i mają brody do kolan, tak jak nasz Wojtuś. Panie chodzą w sukniach niebiesko-czarnych i zajmują się domostwem, dzieci pomagają w gospodarstwie. Wszyscy są bardzo religijni. Ich religia np. mowi, że robienie im zdjęć zabiera część ich duszy. Dlatego nie mogliśmy zrobić dużo zdjęć, chociaż chyba paru Amiszów tam załatwiliśmy.
Po owocnej wyprawie wgłąb Amiszowego świata, stęsknieni za przysłowiowym "pstryczkiem elektryczkiem", udaliśmy się do cywilizacji, a dokładniej do miasta króla Elvisa Presley'a, o którym w następnym poście.
Do usłyszenia,
O+W+Sz
Ciocia opowie Wam teraz o następnym punkcie wycieczki spring-break-owej, jakim była wizyta wioski Erthidge, zamieszkałej przez rdzennych Amiszów. Tak, Julo, Amiszów, wszyscy wiemy jak bardzo interesujesz się tą grupą społeczną, dlatego dedykujemy tego posta Tobie.
Otóż dzień był przepiękny, już od rana świeciło słoneczko a chmurki poznikały. Uśmiechały się nasze buzie wyczekujące kolejnych przygód. Wsiedliśmy rano do naszej złotej fury i kierując się na południe jechaliśmy i jechaliśmy, aż naszym oczom ukazał się drogowskaz zapowiadający Erthridge. Zatrzymaliśy się i najpierw poszliśmy obejrzeć przydrożny jarmark amerykanskich staroci i rzeczy nieprzydatnych (to w sumie synonimy) - od zabawek po stare narty wodne. Jako, że wyjątkowo nie mieliśmy niczego do sprzedania na stanie, opuściliśmy to miejsce i pojechaliśmy oglądać wioskę Amiszów.
Amisze to grupa ludzi, która przyjechała do Stanów z Niemiec w latach 40. Charakteryzują się tym, że nie używają w ogóle elektryczności, nie posiadają żadnych nowoczesnych urządzeń, żyją bardzo prymitywnie, jakby się zatrzymali w czasie. Nie mają samochodów, jeżdżą zaprzęgami konnymi, wszystko budują z surowców naturalnych i jedzą tylko to, co im da Matka Ziemia. Panowie się nie golą i mają brody do kolan, tak jak nasz Wojtuś. Panie chodzą w sukniach niebiesko-czarnych i zajmują się domostwem, dzieci pomagają w gospodarstwie. Wszyscy są bardzo religijni. Ich religia np. mowi, że robienie im zdjęć zabiera część ich duszy. Dlatego nie mogliśmy zrobić dużo zdjęć, chociaż chyba paru Amiszów tam załatwiliśmy.
Po owocnej wyprawie wgłąb Amiszowego świata, stęsknieni za przysłowiowym "pstryczkiem elektryczkiem", udaliśmy się do cywilizacji, a dokładniej do miasta króla Elvisa Presley'a, o którym w następnym poście.
Do usłyszenia,
O+W+Sz