2011/03/17

Ethridge

Kochane Bobasy!

Ciocia opowie Wam teraz o następnym punkcie wycieczki spring-break-owej, jakim była wizyta wioski Erthidge, zamieszkałej przez rdzennych Amiszów. Tak, Julo, Amiszów, wszyscy wiemy jak bardzo interesujesz się tą grupą społeczną, dlatego dedykujemy tego posta Tobie.

Otóż dzień był przepiękny, już od rana świeciło słoneczko a chmurki poznikały. Uśmiechały się nasze buzie wyczekujące kolejnych przygód. Wsiedliśmy rano do naszej złotej fury i kierując się na południe jechaliśmy i jechaliśmy, aż naszym oczom ukazał się drogowskaz zapowiadający Erthridge. Zatrzymaliśy się i najpierw poszliśmy obejrzeć przydrożny jarmark amerykanskich staroci i rzeczy nieprzydatnych (to w sumie synonimy) - od zabawek po stare narty wodne. Jako, że wyjątkowo nie mieliśmy niczego do sprzedania na stanie, opuściliśmy to miejsce i pojechaliśmy oglądać wioskę Amiszów.

Amisze to grupa ludzi, która przyjechała do Stanów z Niemiec w latach 40. Charakteryzują się tym, że nie używają w ogóle elektryczności, nie posiadają żadnych nowoczesnych urządzeń, żyją bardzo prymitywnie, jakby się zatrzymali w czasie. Nie mają samochodów, jeżdżą zaprzęgami konnymi, wszystko budują z surowców naturalnych i jedzą tylko to, co im da Matka Ziemia. Panowie się nie golą i mają brody do kolan, tak jak nasz Wojtuś. Panie chodzą w sukniach niebiesko-czarnych i zajmują się domostwem, dzieci pomagają w gospodarstwie. Wszyscy są bardzo religijni. Ich religia np. mowi, że robienie im zdjęć zabiera część ich duszy. Dlatego nie mogliśmy zrobić dużo zdjęć, chociaż chyba paru Amiszów tam załatwiliśmy.

Po owocnej wyprawie wgłąb Amiszowego świata, stęsknieni za przysłowiowym "pstryczkiem elektryczkiem", udaliśmy się do cywilizacji, a dokładniej do miasta króla Elvisa Presley'a, o którym w następnym poście.

Do usłyszenia,

O+W+Sz
















2011/03/14

NashVegas

No więc zaczynamy!
Nasza Spring break-owa wyczieczka od początku nabierała kolorów. W czwartkowy wieczór dowiedzieliśmy się, że piątkowe zajęcia zostały odwołane, i że ten dzień będzie już dla nas dniem wolnym od uczelnianych zamrtwień. Możecie sobie wyobrazić naszą radość, kiedy o 10 rano w piątek, gotowi do drogi stanęliśmy przed pięknym, wypożyczonym samochodem (Chevi Impala w kolorze Gold) mieniącym się w mocnym porannym słońcu, i z radością stwierdziliśmy, że przed nami 11 dni wolnych od szkoły.
Tak rozentuzjazmowani wsiedliśmy do naszego sportowawego sedana, i ruszyliśmy w drogę. Na ten dzień zaplanowaliśmy dość krótką (jak na USA) trasę. Jej celem docelowym było Nashville - stolica stanu Tennessee. Przemknęliśmy szybko autostradą Interstate 40 w kierunku West i już po 2,5 godziny znaleźliśmy się w samym centrum miasta zwanego 'światową stolicą country'.
Przy wjeździe do miasta, naszym oczom ukazał się widok wprost utopijny. Na myśl od razu przyszły niezapomniane, pełne humoru sceny z jakże znanego filmu 'Harold & Kumar going to White Castle'. Tak! To właśnie ten fast-food stał u bram miasta, zapraszając i kusząc wielkim wyborem i rozsądnymi cenami. Nie mogąc oprzeć się pokusie, zgodnie uznaliśmy, iz nasze kiszki mimochodem zaczęły grać marsza i że pora coś zjeść. Zestaw 4 paczki frytek + 20 hamburgerów okazał się wystarczający dla naszej czwórki. Myśle, że nie trzeba wspominać jak pyszne i soczyste były owe specjały. No po prostu miód.
Pierwszym planowanym punktem naszego programu stał się spory park, wewnątrz którego znajdowały się różnego typu, ciekawe lub mniej, atrakcje turystyczne. Zaczynając od myśliwca, poprzez lokomotywę parową, kończąc na kopii ateńskiego Partenonu - co prawda w skali 1:2 i wykonanego z lastryka sklejonego klejem silikonowym, ale jak na tutejsze poczucie estetyki to śmiało mozna stwierdzić, że inicjatorzy tego pomysłu bez wątpienia wspięli się na wyżyny pomysłowości. Z uśmiechami na twarzach udaliśmy się dalej - do najsłynniejszej Bluegrassowej dzielnicy świata.
Ulice centrum Nashville przepełnione były pubami i klubami. kazdym z nich juz od godziny 17 rozbrzmiewały dźwięki muzyki country, tudziez bluegrass, wydobywające się z instrumentów oraz gardeł grających na żywo kapel (znanych lub mniej znanych). Zaczęliśmy więc 'zwiedzanie' tego zakątka świata - w kazdym z tych miejsc wokaliści szokowali barwą głowu, gitarzyści szybkimi, precyzyjnymi palcami, perkusiści precyzją i czystością uderzeń, i inni muzycy z gracją posługujący się innymi instrumentami. Atmosfera całego miasteczka równiez jest trudna do opisania. Do tej pory nie byliśmy świadomi, że istenieją miejsca w których 3/4 populacji chodzi w kowbojskich kapeluszach i butach - bez względu na pochodzenie, wiek, płeć ani cokolwiek innego.
Po kilku koncertach, jakie zobaczylismy, przeszliśmy jeszcze zobaczyć resztę miasta, po czym pojechaliśmy do naszego oddalonego o kilka mil motelu. Zadowoleni udaliśmy się w kimę, ze świadomością, że następny dzień wydaje się zapowiadac równie ekscytująco. A gdzie się udaliśmy, dowiecie się w następnym poście!
xoxo,
ola, świerszczyk, wojtek
p.s. aha, w tym mieście hydranty były czerwono-zielone!