2009/04/11

Wielkanoc!

Jest Wielkanoc, my tu sami na koncu swiata, wiec korzystajac z okazji, ze dzisiaj Wielka Sobota, chcielismy wam wszystkim zlozyc najserdeczniejsze zyczenia wielkanocne! Zjedzcie za nas jajo z chrzanem i kielbasa ze swoimi rodzinkami, i jeszcze mazurka albo sernik! Najfajniejszym prezentem dla nas (chociaz wiemy, ze na pewno wyslaliscie nam mnostwo swiatecznych paczek) jest to, ze na blogu, jak policzylismy, jest juz rowne 250 komentarzy!

Chcielismy wam nieco przyblizyc swieta w Australii, ale jedyny wielkanocny akcent, ktory znalezlismy, to czekoladowe kroliki:



2009/04/10

Archiball i zdobycze

Elo,
Jak obiecałam wrzucam zdjęcia naszych zdobyczy. Poza tym dodaję jeszcze nas w przebraniach na Archiball, który był w środę (to chyba tutejszy sposób na świętowanie Wielkiego tygodnia). Impreza raczej przypominała dyskotekę w liceum niż bal studentów. Było całkiem fajnie, wszyscy się przebrali tylko wszystko skończyło się o 24 i wtedy musieliśmy opuścić klub przy kręgielni. Kelnerami była para w wieku ok 65 lat, a po 22 studenci zaczęli się sami częstować piwem z lodówki wynosząc je i chyba nie do końca za nie płacąc.

Wera planowała zostać Pocahontas, ale w efekcie została Esmaradlą, Gabi Dzwoneczkiem z Piotrusia Pana, Janek kapitanem Hakiem, Karol piratem, a ja Myszką Minnie.

Oglądajcie zdjęcia, róbcie świąteczne porządki i cieszcie się polskimi wielkanocnymi przysmakami, pozdro!


mikser od babci Sary, autentyk, nie Kosa?


elektryczna patelnia babci Sary


Butelki na oliwę i ocet winny i pudełeczka na biżuterię wylosowane na loterii w Domu Polskim


Obrazek wylosowany na loterii w Domu Polskim


Serwetki..


Miseczki..


Stojaki na jajka od babci Sary, orginalne z Austrii - nie Australii:)










To nasi znajomi z UNI. Tygrysek to Sam wybawca (ten od auta, który jedzie do krk), a Myszka Minnie (pierwszy rząd, pierwsze zdjęcie od lewej) to Ginny, która była w krk w zeszłym semestrze. Ta pani na ostatnim zdjęciu w pierwszym rzędzie to nauczycielka Gabi, a ten koleś to student. Tak tu mniej więcej wygląda relacja student-wykładowca czy tam uczeń-mistrz..

2009/04/09

przepraszam..

napisalam notke, ale okazalo sie, ze bateria od aparatu jest rozladowana i nie mam jak dodac zdjec.. beda jutro, pozdro!

2009/04/08

ciag dalszy...

Tak jak obiecalismy, ciag dalszy naszych weekendowych przygod. W niedziele w kosciele spotkalismy polke, ktora zaprosila nas na wielkanocny obiad do domu polskiego. Nie odmowilismy, bo mysl o polskim jedzeniu i spatkaniu rodakow byla dosyc zchecajaca. No i w trojke (Gabi, Janek i ja, bo Wera z Karolem piorniczyli juz na uni) poszlismy na zurek z KIELBASA (!!!) i CHLEBEM oraz domowej roboty ciasta - byly super odmiana po naszych makaronach czy ryzach z sosem i chelbie tostowych (wakacyjne menu, ktore po miesiacu juz nie smakuje jak na wakacjach). Wszyscy w domu polskim byli bardzo mili i ciekawi co my tu wlasciwie robimy. Fajnie sie gawedzilo, mimo, ze srednia wieku byla tak ok 65 lat, no bo wszyscy to polacy, ktorzy przyjachali tu po wojnie lub ich dzieci. Najwieksza atrakcja byla loteria fantowa, na ktorej niezle sie oblowilismy, bo wszyscy polacy oddawali nam swoje wygrane losy, zeby biedne studenciaki cos sobie wygraly.No wiec najcenniejsza wygrana byl polski chleb upieczony przez jedna z pan, nie mniejsza radosc sparwily nam serwtki, malutkie miseczki, porcelanowe pudeleczka do trzymania bizuterii (stoja juz na kominku), butelki na oliwe i ocet winny (niestety mamy tylko olej i cytryne jesli jest na wyprzedazy), wiec one tez ozdabiaja nasz salon. Postramay sie wrzucic ich zjecia. Jak wrocilismy do domu okazalo sie, ze Sara z Joshem postanowili nam zrobic niespodzianke i przywiezli stara sofe od dziadkow i caly zestaw kuchennych przyborow babci Sary (nie bede ich opisywac tylko jutro wrzuce zdjecia, ale na pewno sa starsze od nas... moze nawet razem wzietych :)

To jednak nie koniec przygod. W poniedzialek na zajeciach z mebli zaczal wyc jakis alarm. Nasz nauczyciel sobie poszedl zobaczyc co sie dzieje, a nas zostawil samiutkich w warsztacie. Sami sie stamtad ewakulowalismy jak zobaczylismy, ze wszyscy inni studenci juz stoja na polu i jedzie straz pozarna (moze to ja mam po prostu pecha do tych ewakuacji - madziorek powinien pamietac nasz angielski, jak byla bomba u pijarow - Janek). Jak stalismy juz przed budynkiem, to odnalazl sie nasz nauczyciel, ktory powiedzial, ze "school is sort of burning and we need to stay out". No i stalismy sobie na polu, Janek z dwoma australiskimi studentami w naszym wieku, 50-cio letnim Richardem - stolarzem, ktory z nami studiuje i zawyza poziom (dlatego nie bedziemy sie chwalic naszymi ocenami z lyzek) i naszym nauczycielem pykali w football australiski podczas gdy nasza szkole zalewala woda z jakiejs cieknacej rury...

pozdro i postaram sie wrzucic zdjecia zdobyczy jutro, a na razie tylko biedne, stygnace autko z maska przytrzymana brytfanna, w ktorej na zmiane pieczemy lasagne i zbieramy wode z chlodnicy..

ps. policzylismy, ze odwiedzacie nas srednio 52,92 razy dziennie. Gdyby Porebski, Majkel, Tumiel i Swierszczyk tu zagladali, bylo by znacznie lepeij! Postarac sie chlopaki!


2009/04/05

Prawie wyprawa!

No!

Nadszedl czas na relacje z naszej kolejnej wyprawy, na ktora wybralismy sie w piatek i sobote. Tym razem postanowilismy pojechac na polnocny zachod, jeszcze nas tam nie bylo, a poza tym mozna tam zobaczyc ciekawe bagno, farme wiatrakow (kazdy 99 metrow wysokosci), taka wielka skale, ktora ni z tad ni z owad sterczy z ziemi tuz przy morzu, a poza tym Burnie i Devonport - kolejne co do wielkosci po Hobart i Launceston miasta na Tasmanii.

I w piatek, tuz po meblach (robimy fornnirowane pudelko) zabralismy Gabi z uni i tym razem porzadnie zaopatrzeni ruszylismy przez Deloraine na polnoc. Po drodze bylismy w niesamowitym sklepie - nazywal sie Reliquaire, a sprzedawali najdziwniejsze rzeczy jakie w zyciu widzialem - generalnie wszystko w klimacie Alicji w krainie czarow - i w dodatku tysiace tych roznych bibelotow. Niestety nie mozna bylo robic zdjec.

Potem przejechalismy przez Devonport, w ktorym nie ma chyba nic ciekawego poza tym, ze przyplywa tam SPIRIT OF TASMANIA - tai wielki prom, co kursuje pomiedzy mainlandem a Tasmania. Na spanie - w aucie oczywiscie - zatrzymalismy sie na luksusowym kempingu za 6$ od osoby, byl full wypas, prysznice, drewno na ognisko, kible... Wieczorem postanowilismy poeksperymentowac z dlugim czasem naswietlania, zapalonymi patykami i latarka - fajna zabawa, ale nie wiem, czy inni kempingowicze bawili sie rownie dobrze jak latalismy w kolko o 11 wieczor z latarkami i sie darlismy.

Rano ruszylismy do Stanley - to tam gdzie ta skala. Po drodze zawinelismy jeszcze na taki klif, na ktorym stala strasznie fajna latarnia morska z 1888 roku. No i tutaj zaczely sie klopoty. Mianowicei, jak tam dojechalismy, to z naszego auta zaczela sie wylewac woda i w dodatku cos cholernie syczalo - diagnoza padla na chlodnice. Dotoczylismy sie wiec jakos z gorki do najblizszej miesciny - Vinyard, i postanowilismy poszukac mechanika. No i oczywiscie w sobote wszystko pozamykane. Przed jednym z dwoch warsztatow siedzial koles, ktory powiedzial, ze chetnie zobaczy co nam sie zepsulo - zaufania nie budzil, ale przynajmniej popatrzyl i powiedzial, ze to pompa wody z chlodnicy, i ze nam niestety nie pomoze, bo warsztaty otwieraja w poniedzialek. Postanowilismy wiec opuscic Vinyard i dotoczyc sie jakos do Burnie (20 km). Zajelo nam to z 2 godziny, bo jechalismy 5 minut, a potem trzeba bylo stawac, poczekac, az silnik ostygnie, dolac wody, ktora mniej wiecej w tym samym tempie wylewala sie dolem i tak w kolko... I do tego urwal nam sie jeszcze po drodze pasek klinowy!

Do Burnie dojechalismy oczywiscie 20 minut po odjezdzie ostatniego (i jedynego) autobusu do Launceston i oczywiscie tez wszystko bylo zajete. Zadzwonilismy wiec do Sama - to taki nasz kumpel z UNI, ktory jedzie do Polski na wymiane na przyszly semestr, i on powiedzial, ze podjedzie do nas, bo mieszka w Letrbe (mozecie sobie w google zobaczyc, gdzie to wszystko jest) i nas z tego Burnie ewakuowac. Jak powiedzial tak zrobil, w dodatku jeszcze zadzwonil po lawete, na szczescie nie musielismy nic placic, bo to pokrylo ubezpieczenie Sama. No i na wieczor podwiozl nas do Launnie, gdzie zalapalismy sie jeszcze na posiadowe u Sary i Josha - naszych gospodarzy. Musimy mu jakas flaszke i przewodnik po polsce kupic, bo nas troche uratowal. W kazdym razie Fordzik jest 150 kilometrow od nas, w naprawie (200$), a we wtorek pojedziemy go odebrac.

No, to tyle przygod, pozdro i czekajcie na kolejne wiadomosci, bo weekend byl z przygodami, ale nie chcemy wszystkiego na raz wrzucac.