2011/03/24

Houston, we've got a problem!

Cześć!
Nadszedł czas na kolejne sprawozdanie z kolejnego punktu naszej wycieczki Spring Breakowej! Punktem tym było Houston - 4 co do wielkości miasto, zagłębie portowo-industrialno-przemysłowe i miejsce, w którym załozona została jedna z moich ulubionych druzyn NBA - Rakiety! No więc zaczynamy.
Do samego miasta zajechaliśmy późnym popołudniem. Okazało się ono wielkie, przedmieścia ciągnęły się i ciągnęły, my jechaliśmy i jechaliśmy i nie mogliśmy dojechać do centrum miasta. Jako że miało się już ku zachodowi, postanowiliśmy szybciutko, z marszu uderzyć do galerii sztuki zwanej Art Car Museum. Muszę przyznac, że było to cos bardzo, bardzo dziwnego.
W owej galerii miejsce miała wystawa twórczości jednego artysty. Z początku nudnawe eksponaty, jakieś dziwactwa powyginane, stopniowo jednak zamieniały sie w coraz to dziwniejsze i wymyślniejsze stwory, aż w końcu zmieniły się w Insekto-samochody! Może urodą to to nie grzeszyło, ale samochody, które jeździły a wyglądały jak pasikoniki to było coś :)
Przepełnieni emocjami wróciliśmy do naszego autka i popędziliśmy do centrum. Po zaparkowaniu auta udaliśmy sie po prostu na mały obchód dużego i nowoczesnego CBD. Wielkie budynki, nowoczesne konstrukcje i wszędobylskie parkingi wielopoziomowe nie różniły się znacząco od tych w innych miastach, więc nie byliśmy zaskoczeni. Nie znaczy to jednak, że nie zrobiło to na nas wrażenia! Przeciwnie, zostaliśmy zaszokowani wielkością centrum, które niewątpliwie było największym, jakie mieliśmy do tej pory okazję zobaczyć i zwiedzić.
Zmęczeni jazdą z Dallas, chodzeniem po Downtown, pojechaliśmy kawałek do zarezerwowanego wcześniej motelu i przyspaliśmy sobie do następnego poranka. Wtedy też udaliśmy się na południowy wschód od Houston, nad zatokę meksykańską, zwiedzić osławione opowieściami róznych osób NASA Space Center. I mówiąc szczerze wyszliśmy z mieszanymi uczuciami. Owszem, były tam autentyczne eksponaty - londowniki, skafandry, łaziki księżycowe, itp. lecz całość zrobiona była jako wielki, bardzo drogi i zatłoczony plac zabaw. Wywnioskowaliśmy (patrząc na to miejsce oraz ludzi dookoła), iz nie znajdujemy się w przedziale wiekowym grupy docelowej, dla której przewidziany został ten 'lunapark', wiec postanowiliśmy szybko obejrzeć co się dało i brać przysłowiowe nogi za pas.
Tak też zrobiliśmy. Jako że byliśmy już bardzo blisko morza, postanowiliśmy skorzystać z tego faktu i udać się ną wybrzeże aby tam zjeść śniadanie (płatki z mlekiem, jak co dzień. Aha - Julek - to właśnie to mieliśmy w misechkach w wiosce amiszów). Morze było piękne, pogoda znakomita - jednym słowem nic tylko siąść na trawiastym zboczu łagodnie schodzącym do morza i szamać płatki kukurydziane :)
Następny przystanek - New Orleans, LA
wysoka piątka,
wojtek






























2011/03/22

uro 21

Kochany Wojtusiu !!

Wszystkiego najlepszego na Twoje urodziny! Wreszcie wypijemy na legalu :)
Let all yours American Dreams come true :*
Sto lat!!!


2011/03/20

Grube przeprosiny

Elo,
sory, ale coś nam się pomyliło i posty są nie po kolei (nie wiemy czemu) i nie ma jak tego zmienić. Więc jeśli się da, to prosimy o czytanie ich w następującej kolejności:
Memphis
Oklahoma City
Dallas


Memphis

Cześć,

Ciąg dalszy naszej opowieści zawija do miasta położonego na granicy stanów Tennessee i Arkansas, nad rzeką Missisipi. Dokładnie do Memphis, stolicy bluesa (stad pochodza Johnny Cash i B.B. King), a przede wszystkim znanego z Graceland – posiadłości Elvisa Presleya, który, jak wszyscy wiemy, wciąż gdzieśtam żyje.

Zajechaliśmy wieczorem wiec wszystkie muzea były już zamknięte. Znaleźliśmy nasz hotel w dzielnicy Graceland, niedaleko domu Elviego. Dzielnia okazała się być całkowicie murzyńska, chyba byliśmy jedynymi „white-trash’ami” dlatego nie spacerowaliśmy wieczorkiem za dużo po tej okolicy.

W zamian, pojechaliśmy zakosztować słynnego Memphisowego B-B-Q (czyt. Barbeque), które wujek Lonelyplanet uznaje za najlepsze w całych Stanach. Jak się okazało, dobry wujcio nie kłamał. Mięsko pyszne, polane sosem barbeque, podawane z czerwoną fasolką i sałatką, do tego studnia coca coli i frytek. Wszystko razem: mega pycha!

Po jedzeniu postanowiliśmy się przejść po centrum Memphis, a, że temperatura była już dość wysoka (jakieś 25 stopni), to tym bardziej chciało nam się iść. Pierwsze co zobaczyliśmy, to karoce zaprzęgnięte w konie, ale nie takie tradycyjne, jak w Krakowie, tylko takie w kształcie dyni, jak w Kopciuszku :) I oświetlone milionem światełek, aż miło było patrzeć na te powozy jak z bajki.

Ale szliśmy dalej. W centrum właśnie miasto Memphis obchodziło ST. Patrick’s Day i była wielka fiesta. Ulice pozamykane dla samochodów, ludzie łazili środkiem, poubierani na zielono, w zielonych kapeluszach i piórach, wszycy dzierżyli jakieś trunki w dłoniach. Nie mogę zapomnieć o muzyce, która dominowała całe to widowisko, z każdego kąta inne, wesołe rytmy bluesa, lub też rock’n’rolla. Był obowiązkowy typ przebrany za Elvisa i różni inni przebierańce. Najbardziej podobał nam się zespół murzynów grających rzeczywiście super bluesa, siedliśmy sobie tam na murku i podziwialiśmy. Wojtusiowi buzia się śmiała :)

Zmęczeni pojechaliśmy już do hotelu, w drodze powrotnej przejechaliśmy jeszcze mostem nad rzeką Missisipi.
W hotelu i podczas nocy murzyny pokazały nam kto rządzi w Graceland. Ciągłe krzyki i impreza, a przede wszystkim raperska nuta nie opuszczały nas do samego rana. Jak się obudziliśmy to wreszcie było cicho :)

I pojechaliśmy zobaczyć dom Elvisa. Okazało się jednak, że nie można sobie tam tak samemu kupić bilet i wejść, tylko się tam wjeżdża takim busem i to jest „tour” i jest piekielnie drogo i idzie się w kupie z kupą amerykanów. Więc olaliśmy to muzeum, bo mieliśmy jeszcze kawał drogi tego dnia do przejechania. Wstąpiliśmy jedynie do sklepu z souvenirami, gdzie było pełno fajowych gadżetów pod tytułem „kocham Elvisa” czy „Elvis żyje”, czy „Przepisy wg Elvisa” itd. Był też Potatohead (z Toys Story) jako Elvis :)

Zapakowaliśmy się do auta i wyjechaliśmy z Memphis, wyjeżdżając tym samym z naszego Tennessee. Przejechaliśmy całe Arkansas w szerz, by wjechać do Oklahomy. Tu już nie będę zdradzać tajemnicy tego pobytu, bo tą historię opowie Wam Matejko.

Dziękuję, Dobranoc,

Ola






















Dallas, TX

Hej,

przyszedł czas na Dallas, monstrualną metropolię w samym sercu osławionego (przez filmy z Chuckiem Norrisem) Teksasu! To ponad 2-milionowe miasto, połączone w gigantyczną aglomerację miejska z poblikim Fort Worth, jest biznesowym centrum teksasu, z gigantycznym wprost portem lotniczym i innymi objawami potęgi, bogactwa i postępującej nowoczesności!

Do Dallas dojechaliśmy od północy, od strony Oklahoma City, już późnym popołudniem. Nie obyło się bez stania w długim korku, który ciągnął się już od przedmieść i rozpościerał na wszystkich 7 pasach ruchu samochodowego. Gigantyczne rozjazdy n-poziomowe, mimo iż sprawiały wrażenie mocno pogmatwanych i odstraszały ilością dróg przecinających powietrze w różnych kierunkach, na różnych poziomach, były jednak na tyle dobrze oznakowane, by nasza drużyna, mimo oczywistej zaściankowości, była w stanie ogarnąć gdzie skręcić i nie pogubić się. Po odnalezieniu naszego motelu w meksykańskiej dzielnicy Dallas, udaliśmy się jeszcze na krótki spacer po downtown, w którym roiło się od strzelistych, wysokich konstrukcji, na-bogato-wykończonych elewacji, placów i ulic. Po tejże wspaniałej przechadzce udaliśmy się z powrotem do naszego tex-mex motelu na wymarzony spoczynek.

Następnego poranka Dallas przywitało nas piękną, słoneczną pogodą. Na ten dzień zaplanowaliśmy dużo 'atrakcji'. Na pierwszy ogień poszedł najmniej chlubny chyba odcinek historii tego miasta, zamknięty w muzealnych eksponatach - rok 1963. Przy końcu ulicy Elm Street, w tym własnie roku bowiem, miał miejsce udany zamach na trzydziestegoktóregoś prezydenta USA - Kennedy'ego. Na ulicy namalowany jest biały x w miejscu, w którym smiertelny pocisk dosięgnął głowy Prezydenta. Muzeum znajduje się w budynku, z którego strzelał Oswald - zabójca. Muzeum przygotowane bardzo dobrze, robiło duże wrażenie i przekazywało wiele ciekawych informacji na temat całej akcji.

Po takiej dawce historii udaliśmy się w inne miejsce Dallas, mianowicie pod jeden z najbardziej znanych wieżowców - Fountain Place. Widać go z oddali na zdjęciu (zarówno nocnym, jak i dzinnym) - budowla przybrała postać szklanej bryły pościnanej w wielu pałaszczyznach i pod różnymi kątami. Ponadto, u jej podnuża znajdowała się fontanna, która otaczała cały budynek wokół. Warto nadmienić, iż posiadała ona zwstaw 362 elektronicznie sterowanych dysz wodnych. TAK!

Ruszając dalej na północ centrum Dallas, udaliśmy się do dzielnicy zwanej tutaj Art District. Poszliśmy tam z racji, iż jesteśmy młodymi adeptami architektury, i każde z nas zechciało popatrzeć na liczne budowle wielkich nazwisk z architektonicznego półświatka (Foster, Koolhaas, Pei) zgromadzone w jednym miejscu. Dzielnica przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Co tu dużo mówić - ilość hajsu wpompowana w ten kawałeczek Dallas oscylował na miliardy zielonych. Piękne budynki, otoczone znakomitymi trawnikami i nienagannymi chodnikami, parki, sadzawki, schody, pomniki - wszystko co można było sobie wymarzyć.

Po tejże wycieczce pojechaliśmy samochodem do Fort Worth - wspomnianego wcześniej miasta na zachód od Dallas. Tam zobaczyliśmy jedynie muzeum sztuki nowoczesnej, w budynku Tadao Ando. Ten mistrz betonu architektonicznego naprawdę pokazał na co go stać w tejże realizacji. Same eksponaty nie cieszyły naszych oczu tak jak ściany, na których były zawieszone. Gładki, ciepły w dotyku beton szokował lekkością i precyzją wykonania. Cały budynek odbijał się w wielkim lustrze wody sadzawki zaprojektowanej po jednej stronie budynku.

Z Forth Worth udaliśmy się z powrotem do Dallas. Tam, w przelocie zobaczyliśmyu tylko kopię Pałacu Kryształowego - budynku na pierwszą wystawę światową w Londynie, który niestety uległ zniszczeniu w wyniku pożaru. Kopia okazała się naśladować pałac tylko z zewnątrz, wnętrze jednak też robiło duże wrażenie (na zdjęciu poniżej).

No i w tym miejscu zbliżamy się nieuchronnie do gwoździa programu, punktu kulminacyjnego naszego pobytu w Dallas, prawdziwego szlagieru widowiskowo-kulinarnego - Medieval Times! Tak, to właśnie ta słynna sieć restauracjo-teatrów stała się naszym ostatnim miejscem odwiedzonym w Dallas. Soczyste Kurczaki z Grilla, Żeberka, pajdy chleba, zupa ze Smoczego Ogona - to wszystko czekało na nas w tym miejscu gotowe do zjedzenia (rękami, bez sztućców)! Oprócz tego wieczerzę umilała grupa aktorów-akrobatów, przebrana za rycerzy średniowiecznych, urządzając pokazy umiejętności, pojedynki na kopie, miecze, topory i walkę o rękę przepięknej królewny. Medieval times okazało się więc być cudownym ukojeniem dla ciała i ducha. Po tym doświadczeniu, przepełnieni pięknymi emocjami, udaliśmy się na spoczynek.

Następnego dnia czekała nas podróż do następnego miasta. Po drodze jednak zwiedziliśmy jeszcze największy w stanach stadion futbolowy - Dallas Cowboys. Wielki obiekt w rozsuwanym dachem, przesuwanymi ścianami i gigantycznymi trybunami był niesamowicie ekskluzywny i robił piorunujące wrażenie. Tutaj też aż czuło się ilość dolarów wpompowanych w ten projekt, nawet powietrze tutaj było lepsze niż na zewnątrz!

Opuściwszy stadion Kowbojów udaliśmy się na południe, do miasta znanego z jednego, najsłynniejszego powiedzenia:
........, mamy problem!

Wojtek