Jak wam pewnie dziewczyny pisaly wczesniej, w piatek tydzien temu wyjechalismy na rowerach z lonnie do Hobart. wbilismy sie w nasze pedalskie gatki i o 7.30 rano, prawie po ciemku ruszylismy... w zupelnie inna strone niz hobart, bo na polnoc. zreszta cala trasa jest z grubsza zaznaczona na mapie.
przed wyjazdem myslalem sobie tak: na rowerze to sie jedzie tak z 20 kilometrow na godzine, wiec jak sie 3 godziny po pedaluje, to 60 kilometrow zrobione. niestety, moze i tak jest jak sie jest zawodowcem, ale w moim przypadku to sie nie bardzo sprawdzilo. po pierwszych 45 kilometrach, jak dojechalismy do miesciny o nazwie westbury, to myslalem ze nie zrobie juz ani jednego obrotu korba wiecej i trzeba mnie bedzie ewakuowac z powrotem. no, ale zjedlismy jakies parowki z bulka czy cos takiego i jakos poszlo. w kolejne dni bylo juz na szczescie coraz lepiej, ale i tak nie za latwo. a wiec:
dzien 1: launceston - bracknell, 72 kilometry, konkretny kryzys pod westbury
dzien 2: bracknell - arthurs lake, 56 kilometrow, ale strasznie hardkorowych, bo z wysokosci 200 m musielismy podjechac (a wlasciwie podejsc na 1200 m). na koniec dnia wyladawalismy jeszcze przez przypadek na jakims bagnie, a cala noc lalo, wiec dzien raczej z tych ciezszych.
dzien 3: arthurs lake - bothwell, 53 kilometry i to w dodatku caly czas z gorki - dzien odpoczynkowy. mimo, ze caly czas lalo to nie bylo wcale tak strasznie. na wieczor udalismy sie do knajpy (jedynej) w bothwell (400 mieszkancow), gdzie integrowalismy sie z lokalnymi farmerami, a ja wygralem szalik w promocji piwa. bardzo mily pan wlasciciel dal nam jeszcze w prezencie po czapce z tej samej promocji i pokazal nam rower szosowy, ktory kupil od polskiej reprezentacji olimpijskiej na sydney 2000
dzien 4: bothwell - molesworth, 87 kilometrow, rekordowo, ale za to juz bylismy zaprawieni w bojach. niestety w miejscowosci new norfolk, gdzie planowalismy zanocowac na kempingu pan poinstruowal nas ze o tej poze roku nie spi sie w namiocie, bo jest zimno i mokro (chociaz nasze 3 poprzednie noclegi to wlasnie byl namiot) i nas nie przyjal, bo podobno to by bylo nie fair z jego strony. wiec na dokladke musielismy jeszcze zrobic 12 kilometrow pod gorke i rozbic sie z namiotem na bena przed remiza w bracknell. minus 5 w nocy tez nas troszke zmiazdzylo.
dzien 5: molesworth - hobart, tylko 32 kilometry, na dzien dobry 6,7 kilometra podjazdu, ale potem tylko triumfalny wjazd do miasta, pelne slonce i 15 stopni - taka zima jest ok. no i oczywiscie bylismy w hobart szybciej niz dziewczyny, mimo, ze na rowerach :)
niestety nie bedzie fotorelacji (ale na prawde bylismy na tej wycieczce), bo aparat nam sie nie zmiescil do i tak wypchanych bagazy. w sumie zrobilismy dokladnie 300 kilometrow i 100 metrow.
pozdro 600 i 900!

Haha, jestem pierwszy. Jestescie Hardkorami. 300 kilo to duzo i podjazdy na ciezkosci, ale fajna wyprawa. POzdro
OdpowiedzUsuńKosa.
zdecydowanie jestescie hardkorami :)
OdpowiedzUsuńbrawo!
a co do spania w namiocie to ten pan mial absolutnie racje, tylko szkoda, ze Was nie zaprosil do siebie do domu...
mam nadzieje, ze nie wrocicie z jakimis anginami czy innymi chorobami.
pozdro600
tylko lekki katar.
OdpowiedzUsuńa w dwojke w namiocie jest nawet sympatycznie... karol twierdzil, ze go ciagle kolanami po tylku smyralem, ale ja nic nie pamietam.