2009/05/15

dzien 3 - odcinek 1

Elo,
niestety ze wzgledu male klopoty z internetem, ktore nie wiem czemu zdarzaja sie ja JA mam wrzucac zdjecia a nie janek, dzis bedzie tylko pierwsza czesc relacji z 3 dnia naszej eskapady. Po nocy w opisywanym juz wczesnije przez Janka Peel Forest wyruszylismy dalej na poludnie aby dotrzec do Mt Cook - najwyzszej gory Australi i Oceanii.

Strasznie fajne te gory nowej zelandii, bo od strony wschodniej, czyli z tej strony, z ktorej pojechalismy jest canterbury - taki rolniczy region, zupelnie plaski, z polami, zbozami jakimis zagajnikami i tyle, generalnie rownina na 100 kilometrow, a tutaj nagle, ni z tad ni z owad wyrastaja gory po 3000 metrow - alpy polodniowe. po drodze w te gory minelismy z trzy sztuczne jeziora z woda w tak niesamiowtym koloze, ze hej. niebieska, jak na lazurowym wybrzezu, tylko strasznie zimna. potem byla jeszcze niesamowita zapora, w ktorej woda leciala z taka predkoscia, jak co najmniej w wodogrzmotach mickiewicza albo na siklawie. zrobilismy z 200 kilometrow i dotarlismy wreszcie do mt cook, gdzie wybralismy sie na maly spacer pod lodowcem, ale o tym to w nastepnym odcinku, bo za duzo bylo by tych zdjec na raz.




Camping na koncu swiata, gdzie wieczorem bylo zupelnie ciemno i wydawal sie przerazajacy okazal sie przy porannym sloncu bardzo malowniczy - zreszta to chyba widac. Autorem tych artystycznych zjec jest Janek!!








Jak widzicie na zdjeciach droga byla bardzo malownicza i pogoda tez nam dopisala. Tu piekne zdjecia grupowe na tle gor (nawet kawalek auta sie zmiescil)


a tu fotograf w czasie pracy..






























jakis cham sika pod zapora

2009/05/13

dzien2-Christchurch

Elo, elo!

Nadszedl czas na fotorelacje z dnia drugiego. Wyspalismy sie porzadnie pierwszy raz chyba od miesiaca, bo w campervanie jest z dwa razy cieplej niz u nas w domu, wieczorem przeprowadzilismy probne rozstawianie takiego namiotu, ktory sie doczepia z tylu do auta, zeby bylo wiecej miejsca (poszlo nawet gladko, mimo, ze zatrzymalismy sie na kamieniach).

Wyprawe zaczelismy od zwiedzania Christchurch. Bardzo fajne miasto, nie jakies wielkie, bo ponad dwa razy mniejsze od krk, ale sympatyczne. Podobno najbardziej angielskie z miast nowej zelandii. perwsze dwie godziny spedzilismy na lazeniu w kolko po centrum (rynek nijak sie nie ma do krakowskiego, a neogotycka katedra do kosciola mariackiego, ale jest za to bardzo czysto i ludzie mili). O i jeszcze rozdaja darmowe ulotki z instrukcja co robic na wypadek fali tsunami.

Potem drugie tyle presiedzielismy w ogrodzie botanicznym, ktorego gabi jako prawie architekt krajobrazu nam nie odpuscila. zgubilismy sie chyba z trzy razy zanim sie w koncu razem zebralismy i ruszylismy dalej. potem byla jeszcze galeria sztuki maoryskiej (podobno) - w koncu trzeba kulturalnie spedzac czas. wybralismy jedyna, ktora byla za darmo, poza tym bardzo polecana w przewodniku. trzeba przyznac, ze byla bardzo ladnie polozona, bo w takim neogotyckim kompleksie uniwersytackim, ale w srodku to nie bardzo. chyba po prostu nie mamy jeszcze na tyle uksztaltowanych gustow, zeby nam sie podobalu jakies ryby z metalu za 6000$ albo maziol na pol sciany z jakimis plamami za dwa razy tyle (no, bo to wlasciwie nie bylo muzeum, tylko taka galeria - sklep).

na koniec wsunelismy po kebabie, uzupelnilismy zapasy w jakims supermarkecie i pojechalismy na poludnie, w strone mt Cook. zachaczylismy o polwysep z podobno ladna miejscowoscia akaora, ale nie za wiele zobaczylismy, bo jak tam dojechalismy to bylo juz ciemno. taka mala dygresja - u was dni coraz dluzsze, sloneczko piecze, a u nas juz o 17 z minutami sie ciemno robi :(

pierwszego dnia, na dobry poczatek zrobilismy 330 km i zajechalismy na kemping w peel forest - taka miejscowka, od ktorej w promieniu chyba 50 kilometrow nic nie bylo, a oprocz nas na kempingu byly tylko dwa campervany i ani zywego ducha - troche strasznie. a dojezdzala do tego calego interesu droga, na ktorej prez 20 km nie bylo ani jednego zakretu (to duzo, ale i tak niewiele w prorwnaniu z droga z adelaide do perth w australii, na ktorej jest prosty odcinek o dlugosci 160 km)

no, dobra koniec tych liczb, poogladacie sobie zdjecia (wybierala baha)














2009/05/11

dzien1-Sydney by night

Elo!

Na Nowej Zelandii internet za szybko nie hulal, wiec postanowilismy, ze bedziemy wam te zdjecia wrzucac teraz. poza tym w Launceston raczej sie nic ciekawego nie szykuje, bo do 2 czerwca mamy oddac koncowe projekty z wszystkich przedmiotow. Nie zanosi sie wiec na zadne szalone wypady ani nic takiego przez nastepny miesiac.

a wiec pierwszy odcinek: podroz TAM. Zaczelo sie z malymi przygodami, bo z zajec wrocilismy tak z 3 godziny przed odlotem, a trzeba bylo sie jeszcze spakowac, umyc i dojechac na lotnisko. Jakos to nawet nam szlo, a tu nagle pol godziny przed wyjazdem okazalo sie, ze Baska nie moze znalezc baterii do aparatu (a to podstawowa sprawa, bo wyjazd bez fotorelacji na szuszu chyba by sie nie liczyl, co?) No i zaczelo sie wielkie szukanie: powywalalismy wszystko z szafek, stolow, powywracalismy materace, az w koncu znalazla sie za jakas tektura. w kazdym razie mieszkanie zostawilismy jak po jakims rabunku, bo nie za bardzo byl czas to wszystko posprzatac.

Wylecielismy z tasmanii wieczorem, chyba o 19.00, podwiozl nas Josh. poltorej godziny lotu i jestesmy w Sydney. Mielismy cala noc do odlotu do christchurch, wiec postanowilismy zobaczyc miasto. No i oczywiscie jak tylko wyszlismy z lotniska to doczepil sie do nas jakis turek i uparl sie, ze nam zamowi taksowke. i zanim zdazylismy sie odezwac to juz z jakiegos walkie-talkie dzwonil do kumpla, zeby nas zabral. Tylko, ze jak go o cene pytalismy, to nie potrafil do konca powiedziec, za ile nas kumpel podwiezie, wiec sie wycofalismy. Sydney by night fajne, wieeelkie wiezowce, no i oczywiscie opera. Nie zabawilismy dlugo, bo trzeba bylo wracac: dogadalismy sie z panem taksowkarzem, wylaczyl licznik i za 30$ nas zawiozl - dwa razy taniej niz chcial turek. Jak dojechalismy na lotnisko to okazalo sie, ze jest zamkniete... wiec wloczylismy sie jeszcze przez pol godziny w poszukiwaniu jakis otwartych drzwi, az udalo nam sie dotrzec do jakiegos nieco zatloczonego przedsionka i przespac pare godzin na krzeselkach (to pisal Janek).

(teraz pisze BaHa) Po przebiciu sie przez tlum zoltkow (w maszeczkach na twarzach i tych bez) wsiedlismy na poklad samolotu, gdzie mielismy nadzije zobaczyc Alpy Nowozelandzkie i cala reszte wyspy z lotu ptaka, ale niestety jedyne co bylo widac to chumry. Po przylocie do Christchurch pozbieralismy wszystkie mozliwe ulotki o Nowej Zelandii z lotniska i poszlismy po nasz woz. Aha... zoastalismy jeszcze sprawdzeni przez beagla czy nic nie przemycamy (beagle sa bardzo madre, przeciez wszyscy ktorzy znaja Delte to wiedza) i przez pana czy nie przemycamy ziemi na butach (ale czemu to nie wiem).

Campervan to super sparawa, dla nas to byl na serio luksus po spaniu w Falconie, gdzie jest troche ciasnawo, albo w domu, w ktorym temepretura nie rozpieszcza bylo na serio komfortowo i w sumie zawsze cieplo. Pani, ktora nam go wynajmowala bala sie ze sie nie pomiesimy... Auto wyposarzone bylo w mikrofalowke, kuchenek, lodowke, farelka, wiatrak na wypadek upalu, no i wszytskie kuchenne szpeje. Woeczorem przeszlismy sie po Christchurch, a co tam bylo dowiecie sie w nastepnym odcinku!




sydney by night










to jest serio zdjec opery w Sydney - takie archifilowe zdjecia (dla Tumiela z podziekowaniami, ze nas odwiedza)


maly, zagubiony Karol w wielkim miescie Sydeny


to jest Sydney CBD widoczne z lotniska (no i konkurs: co to za skrot CBD?)


nasz campervan z zerwnatrz...


wewnatrz...


w nocy poziom dolny...


i gorny!

Pozdro!

PS. z pewnoscia kazdy juz zauwazyl na kalendarzu do skreslania dni i odliczania kiedy wracamy, ze jestemy juz za polowa!!!