Dzisiaj opowiem Wam o naszej (mojej i Wojtka) wyprawie na Florydę, która miała mejsce jakieś już 2 tygodnie temu chyba..
Po rannych zajęciach Chris zawiózł nas na lotnisko i polecieliśmy do Punty Gordy. Tam wypożyczyliśmy samochód - czarny ford focus z SZYBERDACHEM :) - i pojechaliśmy do Sarasoty. Zatrzymaliśmy się u mojej Cioci, która od lat mieszka w Sarasocie. Pojechaliśmy razem na plażę na Siesta Key, gdzie morze miało kolor lazurowy, woda czysta i ciepła, a piasek był jak mąka, taki drobny i milusi.
Acha, zapomniałam napisać. Pierwsze co nas dotknęło, to okropna duchota i upał Florydy. Około 90 stopni cały czas, parno i raczej niewiele cienia (taka mała wskazówka że 90 stopni to w Farenheitach, nie w Celcjuszach). Ale nie dokuczało nam to tak bardzo, bo czuliśmy się jak w środku wakacji :)
Po Sarasocie uderzyliśmy do Miami - miasta chyba w 40 % zamieszkałego przez Latynosów. Wszystkie napisy są po angieslku i hiszpańsku. Całe dzielnice Kubańczyków i Hawajan ciągną się przed wjazdem do samego serca miasta. Od razu pojechaliśmy do Miami Beach, zatłoczonego miasteczka na wyspie przy Miami, słynnego ze swoich beach parties. Nie było Husslehoffa ani Pameli Anderson co prawda, ale było dużo innych porozbieranych postaci :)
Przeszliśmy się po Art Deco District i po plaży, podziwiając drogie samochody, hardkorowe drogie sklepy i wybujanych lowelasów :) Ale to co jest według mnie najpiękniejsze na Florydzie to (uwaga - romantycznie) zachody słońca. Z palmami :) Na prawdę, niesamowite.
Wieczorem zjedliśmy kolację w Kubańskiej knajpinie. Było raczej na słodko. Smażone banany, sałatka z avocado, mięsko w ananasowym sosie i tak dalej. Także raczej bym to danie nazwała deserem. Bardzo dobrym rzecz jasna.
I tak. Spaliśmy w Fort Lauderdale, mieście na północ od Miami, bo taniej. Ale za to przy samym morzu jak sie okazało! Więc kąpaliśmy się w czystym i bardzo słonym Atlantyku :)
O następnych przygodach może później bo już mi się bardzo chce spać.
Dobranoc,
Ola