2011/04/15

Miami Beach i takie takie

Hej,

Dzisiaj opowiem Wam o naszej (mojej i Wojtka) wyprawie na Florydę, która miała mejsce jakieś już 2 tygodnie temu chyba..
Po rannych zajęciach Chris zawiózł nas na lotnisko i polecieliśmy do Punty Gordy. Tam wypożyczyliśmy samochód - czarny ford focus z SZYBERDACHEM :) - i pojechaliśmy do Sarasoty. Zatrzymaliśmy się u mojej Cioci, która od lat mieszka w Sarasocie. Pojechaliśmy razem na plażę na Siesta Key, gdzie morze miało kolor lazurowy, woda czysta i ciepła, a piasek był jak mąka, taki drobny i milusi.

Acha, zapomniałam napisać. Pierwsze co nas dotknęło, to okropna duchota i upał Florydy. Około 90 stopni cały czas, parno i raczej niewiele cienia (taka mała wskazówka że 90 stopni to w Farenheitach, nie w Celcjuszach). Ale nie dokuczało nam to tak bardzo, bo czuliśmy się jak w środku wakacji :)

Po Sarasocie uderzyliśmy do Miami - miasta chyba w 40 % zamieszkałego przez Latynosów. Wszystkie napisy są po angieslku i hiszpańsku. Całe dzielnice Kubańczyków i Hawajan ciągną się przed wjazdem do samego serca miasta. Od razu pojechaliśmy do Miami Beach, zatłoczonego miasteczka na wyspie przy Miami, słynnego ze swoich beach parties. Nie było Husslehoffa ani Pameli Anderson co prawda, ale było dużo innych porozbieranych postaci :)

Przeszliśmy się po Art Deco District i po plaży, podziwiając drogie samochody, hardkorowe drogie sklepy i wybujanych lowelasów :) Ale to co jest według mnie najpiękniejsze na Florydzie to (uwaga - romantycznie) zachody słońca. Z palmami :) Na prawdę, niesamowite.

Wieczorem zjedliśmy kolację w Kubańskiej knajpinie. Było raczej na słodko. Smażone banany, sałatka z avocado, mięsko w ananasowym sosie i tak dalej. Także raczej bym to danie nazwała deserem. Bardzo dobrym rzecz jasna.

I tak. Spaliśmy w Fort Lauderdale, mieście na północ od Miami, bo taniej. Ale za to przy samym morzu jak sie okazało! Więc kąpaliśmy się w czystym i bardzo słonym Atlantyku :)

O następnych przygodach może później bo już mi się bardzo chce spać.
Dobranoc,

Ola
























2011/04/10

Spring break po raz ostatni

Cześć,
to już ostatnia relacja ze Spring Breaka. No więc tak włala.


Po wspaniałym i ciekawym, jak również ciepłym (i przez to wycieńczającym) Nowym Orleanie, postanowiliśmy odpocząć sobie jeden dzień. Porą popołudniową wyruszyliśmy na wschód od miasta, około 1.5 h drogi do miejscowości zwanej Gulfport w stanie Mississipi. Po drodze jechaliśmy przez sam środek wielkiego jeziora - mosta miał długość 25 mil, czyli około 40 kilometrów (To tak jakby sobie wjechać na most w Krakowie i wyjechać z niego w Dobczycach). Po moście troszkę pobłądziliśmy, bo ja (wojtek) wymyśliłem, żeby skrócić trasę troszeczkę po diagonalnej (gdyż tamta była bardzo zatłoczona i zakorkowana). Niestety, jak to z diagonalną zwykle bywa, nic dobrego nie mogło się przydarzyć. Musieliśmy wrócić z powrotem, ale już przynajmniej nie było wtedy tego korka. Zajechaliśmy do Gulfport już pod wieczór, a tam czekała na nas miła niespodzianka - 5$ all-you-can-eat bufet w KFC! Tak! Płacisz 5$ plus tax i możesz jeść ile chcesz kurczaków w KFC - najedliśmy się nieprzyzwoicie, do tego stopnia, że ciężko było się wyprostować, bo wtedy rozrywało brzuch. No i tak najedzeni poszliśmy spać.


Następnego dnia poszliśmy na plażę. Kupiliśmy za 4 dolce jajowatą piłkę do rzucania, przebraliśmy się w slipy i śmignęli na szeroką, skąpaną w słońcu, piaszczystą plażę z czystą wodą. Tam poplażowaliśmy kilka godzin nie robiąc dokładnie nic innego niż takie typowe plażowe czynności - rzucanie piłką, leżenie na ręczniku, kąpanie się w wodzie, smarowanie kremem itd. Z plaży wyszliśmy głodni, a więc bez chwili namysłu udaliśmy się do all-you-can-eat KFC bufet :) najedliśmy się jak bąki i po czym zaczęliśmy (niestety) nasz powrót w stronę Knoxvegas. Przejechaliśmy kawałek i zatrzymaliśmy się w Meridian. W zasadzie tylko po to, żeby zażyć troszkę snu i odpocznku.


Następnego dnia zaplanowaliśmy długą trasę. Z Meridian, przez Birmingham (w którym zatrzymaliśmy się i obeszliśmy sobie miasto dookoła), skończywszy w Scottsboro, AL. Nie wiem czy pamiętacie z poprzednich relacji z czego Scottsboro słynie. Już raz byliśmy w tym miejscu, jednak okazało się zamknięte. Teraz przezornie zaplanowaliśmy wizytę na poniedziałek, dzięki czemu nie było możliwości, że znowu pocałujemy klamkę. Mowa oczywiście cały czas o sklepie 'Unclaimmed baggage Store', w którym sprzedawane są różne różności z bagaży, które ludzie zgubili na lotniskach. W poniedziałek rano uderzyliśmy do sklepu. Trzeba przyznać, ze przeszedł on nasze najśmielsze oczekiwania. Było tam wszystko, największą część zajmował gigantyczny szmateks - odzież każdego rodzaju, T-shirty, spodnie, kapleusze, buty, sukienki, a nawet suknie ślubne. Oprócz odziezy mozna było znaleźć wiele innych przydatnych (lub mniej) rzeczy. Tak więc ja kupiłem zegarek, Matejko kupił tekturowe składane głośniki (!!) itp. Było tak mnóstwo elektroniki, biżuterii itp. Az się w głowie nie mieści jakie sygnety ludzie są w stanie zgubić!


Po tym wypadzie popędziliśmy szybciutko do Knoxville, aby jeszcze na 13.30 zdązyć na zajęcia z Design Studio! No i udało się, szczęśliwi wparowaliśmy do szkoły i zasiedli nad naszymi nudnymi jak flaki z olejem projektami. :(


pozdrowienia,

wojtek