2011/02/02

Atlanta!!

Cześć,
ostatni post z naszej pierwszej wycieczki, ale za to najfajniejszy i najlepszy. Atlanta - ukazała nam się jako pierwsza z serii amerykańskich miast, w których widać postęp technologiczny, nieodpartą chęć budowania ku górze (poniekąd spowodowaną chęcią skomasowania jak największej ilości przestrzeni zamkniętych w jednym miejscu) i w dół (tzw. Atlanta Underground), a takze murzynów.
W sobotę rano, wyspawszy się w hotelu nieco oddalonym od centrum (za to tanim), udaliśmy się kolejką podmiejską wprost do serca tego biznesowo-komercyjnego monstrum. Po wyjściu ze stacji kolejowej, naszym oczom ukazały się wielkie, właściwie w całości przeszklone budynki biurowe CBD. Pierwszą część dnia spędziliśmy na podziwianiu centrum Atlanty od strony architektonicznej (musicie pamiętać, iż przyjechaliśmy do Ameryki w celu pogłębiania naszej wiedzy w tej właśnie dziedzinie, która, przy odrobinie szczęścia, pewnego dnia winna zostać naszym zawodem wyuczonym).
Pierwszą rzeczą, jaką znaleźliśmy w przewodniku i zechcieliśmy zobaczyć zostało CNN Centre - siedziba popularnej stacji telewizyjnej (a właściwie całej korporacji) CNN. Z zewnątrz wyglądała niepozornie, jednak po wejściu do środka naszym oczom ukazał się nieoczekiwanie przestrzenny hol wejściowy, z zakładami gastronomicznymi, sklepami i neonami nadającymi tej wielkiej przestrzeni charakteru wielce unikatowego. Jakby tego było mało, Wojtek znalazł w kącie holu Magic Candy Factory, więc możecie sobie tylko wyobrazić jak bardzo udana była to wizyta.
Wychodząc z budynku, nieopatrznie trafiliśmy pod wejście główne centrum kongresowego w Atlancie. W przewodniku reklamowane było ono przestrzennymi salami audytoryjnymi, toteż postanowiliśmy przykminić czy faktycznie jest co reklamować. Znaleźliśmy wejście do sali, i ku naszem zdziwieniu wewnątrz odbywała się nielada uroczystość - nadanie tytułów Kucharzy dla około 100 osób w białych czapkach kucharskich, którzy właśnie skończyli jakąś szkołę gastronomiczną. Nie zaskoczyło nas jednak, gdy zaczęli podrzucać radośnie owe białe czapki ku górze (jeżeli ktokolwiek oglądał filmy o amerykańskich koledżach, to wie, jak wyglądać może popularne Graduation i związane z tym podrzucanie nakryć głowy).
Kolejnym punktem naszej wycieczki zostało 'muzeum' nazwane World of Coca-cola. Cudzysłów użyty może nieco uszczypliwie, jednak bez wątpienia ma tu swoje wytłumaczenie. No dobra, ale co by tu nie mówić, to podobało nam się tam, a Ola ześwirowała jak mały bobi. Były filmy 4d, degustacje 160 rodzajów napojów Coca-Cola Company, zdjęcia z białym misiem w szaliku, raklamy, plakaty, rekwizyty i wszystko, czego potrzeba aby choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości i zatopić w świecie radości, fantazji i bajki, jaki niesie ze sobą niepowtarzalna receptura popularnego napoju! Przed budynkiem stoi mosiężny (czy jakiś) wynalazca receptury, toteż zrobiliśmy sobie zdjęcia z tym 'guru' przemysłu gastronomicznego.
Ostatnią atrakcją zaplanowaną na sobotę było oceanarium. The Georgia Aquarium jest największym tego typu obiektem w Atlancie. Mało tego, jest też największe w stanie Georgia. Co więcej, największe w Stanach Zjednoczonych, oraz, co prawdopodobnie najważniejsze, największe na globie! Tak! dobrze słyszeliście! Wewnątrz oceanarium podzielone było na różne tematyczne działy - owoce morza, ryby słodkowodne, pingwiny, piranie, piraty, foki, koniki morskie - wprost niezliczona ilość podwodnych żyjątek/żywiątek. Największą jednak radością Matejki (i nas wszystkich oczywiście) stał się spacer po podwodnym tunelu. Nad głowami, oprócz tysięcy kubików osolonej wody, pływały niesamowite okazy podwodnej fauny ze wszystkich zakątków świata. Mowa tu o wielorybach, rekinach, rybach piłach, płaszczkach, ławicach ryb i innych stworzeniach, których niestety nie potrafiliśmy nazwać z racji na naszą zatrważająco ubogą wiedzę o podwodnym życiu. Co rozbawiło nas do łez to tabliczka informująca turystów o tym, ze wieloryby zostały przetransportowane do akwarium przes UPS-a.
Po wyjściu z akwarium poszliśmy do wspomnianego już wcześniej atlanta Underground - gigantycznego podziemnego centrum rozrywkowo-handlowo-gastronomicznego. Zjedliśmy tam małe conieco i zmęczeni, niemniej jednak wielce zadowoleni, udaliśmy się do naszego przytulnego hoteliku na przysłowiowym zadupiu na spoczynek.
Następnego dnia rano spakowaliśmy manatki i zaczęliśmy wracać w stronę północną, zahaczając po drodzę jednak o oddaloną nieco na zachód Alabamę. Podsumowując, wyjazd należy zaliczyć do bradzo udanych :)
pozdrawiamy, ola & mateusz & wojtek