Elo!
Dzisiaj pisze ja, bo wlasnie skonczylem wycinac wszystkie zlacza w moim taborecie i mam troche czasu, zanim trzeba sie bedzie zabrac za projektowanie, historie, budownictwo albo cos innego. Karol jest z krzeslem nawet jeszcze bardziej do przodu, bo przejechal cale papierem sciernym. No, a dziewczyny jeszcze troche maja pilowania i dlubania.
Nadszedl czas na relacje z dnia numer 5 - prawie polowa. zaczelismy w Haast na west coast, gdzie dojechalismy poprzedniego dnia wieczorem. momentami w tej nowej zelandii i australii jest troche strasznie, bo na przyklad z takiego haast do najblizszej miejscowosci na poludniu - wanaka jest 150 kilometrow i nie minelismy po drodze zadnego domu, stodoly, budki telefonicznej, doslownie nic. niefajnie by bylo jakby sie tam auto zepsulo, bo zasiegu oczywiscie tez nie ma. no, ale nie jechalismy naszym falconem, tylko porzadnym kampusiem, wiec glowa byla spokojna.
W haast po raz pierwszy od pocatku, jak sie obudzilismy to nie bylo przymrozku - mila odmiana po canterbury, ktore jest z drugiej strony gor i dlatego jest sucho i piz..i. pierwszy postoj to plaza - zatoczka nazywala sie bruce bay, powietrze z 15 stopni, woda chyba mniej, ale postanowilismy zmoczyc nogi. okazalo sie to dosc trudne, bo fale byly z polowe wyzsze od nas i nas troszeczke tam zmasakrowaly. potem jak sie probowalismy ubrac to dopadl nas roj jakis takich malych muszek i nas porgyzly tak, ze karol przez dwie noce z rzedu sie drapal, a slady po ukaszeniach przywiezlismy jeszcze na tasmanie.
znad moza pojechalismy... pod lodowiec. to jest troszke niesamowite na tej nowej zelandii, ze wystarczy przejechac 20 kilometrow i sie jest w gorach 3000-metrowych. mt cook (do ktorego zajechalismy pare dni wczesniej, tylko z drugiej strony) jest tylko 30 km od morza! niestety trasa pod fox glacier byl zamknieta, bo padaly wczesniej duze deszcze, costam porozmywalo i na droge spadaly kamolce. dalo sie go zobaczyc tylko z daleka. za to spotkalismy fotografa-hipisa, ktory na wycieczke na lodowiec wybral sie na bosaka - zdrowo dla krazenia. wypalil sobie skreta w swoim subaru, ktore mialo chyba ze sto lat i poszedl cykac foty.
kolejny postoj - jezioro. podobno super sie w nim gory odbijaja, wiec zdecydowalismy sie pojsc na 1,5 godzinna wycieczke, ale niestety przyszly jakies chmury i zaslonily szczyty, a w dodatku wialo i woda byla pomarszczona, wiec z odbicia nici. zalozylem sie z karolem o browarka, ze poplywam chwile w jeziorze, no i oczywiscie wywiazalem sie z zakladu, ale piwa nawet nie powachalem.
nastepnie z powrotem w gory, pod nastepny lodowiec (tym razem fox glacier). mielismy wiecej szczescia, bo tutaj nic nie spadalo na szlak i mozna bylo podejsc pod samo czolo. z biska wygladal naprawde niesamowicie - a z tej nory, ktora widac na zdjeciu to cala rzeka wyplywa - niesamowicie to wyglada! po drodze tam spotkalismy amerykanke, ktora wlasnie wracala z wymiany studenckiej w brisbane i po drodze samotnie zwiedzala nz. przegadalismy z nia na zmiane 2 godziny po drodze. sympatyczna, mowila, ze strasznie jej samotnie tak zwiedzac bez nikogo, i chyba cos w tym bylo, bo jak tylko my pojechalismy do znalazla innych turystow i juz sie do nich dobrala.
po drugim lodowcu zostalo nam jeszcze ze 150 kilometrow do kolejnego postoju - na dziko, po prostu w takim miejscu pknikowym kolo drogi. postoj nieco niespokojny, bo padal deszcz i troche bebnil w dach, wialo, bo jak rano sie okazalo stanelismy na szczycie klifu co mial ze 100 metrow, a w dodatku w nocy przejechalo najglosniejsze auto jakie w zyciu chyba slyszalem, i wszyscy sie zerwalismy na rowne nogi.
papapa, pozdro 600 i czekajcie na dalsze relacje!


nareszcie troche cieplej! karol wskoczyl w stylowy dresik!



akuku!

ekipa niebieskich recznikow


o tam, tam!

znowu, gdzie gora?

niebezpieczne lodowe szpikulce!

reklama coli



czerwoan kropka to ja

w tym jeziorku prawie zamarzlem, a piwka jak nie bylo tak nie ma

ciekawostka botaniczna

wielka lodowa paszcza!