2009/05/22

konkurs o tytul super-majstra

Elo,
Poniewaz coraz mniej jest komentarzy pod naszymi postami z NZ postanowilismy dac maly przerywnik - KONKURS.
Prezentujemy wam nasze pudkela no i prosze zgadywac... Stoja juz zrobione od 3 tygodni, ale jakos nam nie wyszlo zrobienie tych zdjec wczesniej. Ocen tez nie znamy, ale moze w poniedzialek uda sie nam je poznac. Zapraszam tez do obastawiania ktore dostanie najwyzsza ocene! (wojtek, mama i tata janka nie zgaduja, bo janek im juz opowiedzial o swoim designie - tak mi janek kazal napisac).

Na koniec wrzycam MOJE pomalowane juz, ale jeszcze nie zlozone krzeslo!

Wielke pozdro - bardzo juz tesknie - Baha












kaja - to sa wlasnie te kawalki krzesla, o ktorych ci opowiadalam!

2009/05/21

dzien 5 - west coast

Elo!

Dzisiaj pisze ja, bo wlasnie skonczylem wycinac wszystkie zlacza w moim taborecie i mam troche czasu, zanim trzeba sie bedzie zabrac za projektowanie, historie, budownictwo albo cos innego. Karol jest z krzeslem nawet jeszcze bardziej do przodu, bo przejechal cale papierem sciernym. No, a dziewczyny jeszcze troche maja pilowania i dlubania.

Nadszedl czas na relacje z dnia numer 5 - prawie polowa. zaczelismy w Haast na west coast, gdzie dojechalismy poprzedniego dnia wieczorem. momentami w tej nowej zelandii i australii jest troche strasznie, bo na przyklad z takiego haast do najblizszej miejscowosci na poludniu - wanaka jest 150 kilometrow i nie minelismy po drodze zadnego domu, stodoly, budki telefonicznej, doslownie nic. niefajnie by bylo jakby sie tam auto zepsulo, bo zasiegu oczywiscie tez nie ma. no, ale nie jechalismy naszym falconem, tylko porzadnym kampusiem, wiec glowa byla spokojna.

W haast po raz pierwszy od pocatku, jak sie obudzilismy to nie bylo przymrozku - mila odmiana po canterbury, ktore jest z drugiej strony gor i dlatego jest sucho i piz..i. pierwszy postoj to plaza - zatoczka nazywala sie bruce bay, powietrze z 15 stopni, woda chyba mniej, ale postanowilismy zmoczyc nogi. okazalo sie to dosc trudne, bo fale byly z polowe wyzsze od nas i nas troszeczke tam zmasakrowaly. potem jak sie probowalismy ubrac to dopadl nas roj jakis takich malych muszek i nas porgyzly tak, ze karol przez dwie noce z rzedu sie drapal, a slady po ukaszeniach przywiezlismy jeszcze na tasmanie.

znad moza pojechalismy... pod lodowiec. to jest troszke niesamowite na tej nowej zelandii, ze wystarczy przejechac 20 kilometrow i sie jest w gorach 3000-metrowych. mt cook (do ktorego zajechalismy pare dni wczesniej, tylko z drugiej strony) jest tylko 30 km od morza! niestety trasa pod fox glacier byl zamknieta, bo padaly wczesniej duze deszcze, costam porozmywalo i na droge spadaly kamolce. dalo sie go zobaczyc tylko z daleka. za to spotkalismy fotografa-hipisa, ktory na wycieczke na lodowiec wybral sie na bosaka - zdrowo dla krazenia. wypalil sobie skreta w swoim subaru, ktore mialo chyba ze sto lat i poszedl cykac foty.

kolejny postoj - jezioro. podobno super sie w nim gory odbijaja, wiec zdecydowalismy sie pojsc na 1,5 godzinna wycieczke, ale niestety przyszly jakies chmury i zaslonily szczyty, a w dodatku wialo i woda byla pomarszczona, wiec z odbicia nici. zalozylem sie z karolem o browarka, ze poplywam chwile w jeziorze, no i oczywiscie wywiazalem sie z zakladu, ale piwa nawet nie powachalem.

nastepnie z powrotem w gory, pod nastepny lodowiec (tym razem fox glacier). mielismy wiecej szczescia, bo tutaj nic nie spadalo na szlak i mozna bylo podejsc pod samo czolo. z biska wygladal naprawde niesamowicie - a z tej nory, ktora widac na zdjeciu to cala rzeka wyplywa - niesamowicie to wyglada! po drodze tam spotkalismy amerykanke, ktora wlasnie wracala z wymiany studenckiej w brisbane i po drodze samotnie zwiedzala nz. przegadalismy z nia na zmiane 2 godziny po drodze. sympatyczna, mowila, ze strasznie jej samotnie tak zwiedzac bez nikogo, i chyba cos w tym bylo, bo jak tylko my pojechalismy do znalazla innych turystow i juz sie do nich dobrala.

po drugim lodowcu zostalo nam jeszcze ze 150 kilometrow do kolejnego postoju - na dziko, po prostu w takim miejscu pknikowym kolo drogi. postoj nieco niespokojny, bo padal deszcz i troche bebnil w dach, wialo, bo jak rano sie okazalo stanelismy na szczycie klifu co mial ze 100 metrow, a w dodatku w nocy przejechalo najglosniejsze auto jakie w zyciu chyba slyszalem, i wszyscy sie zerwalismy na rowne nogi.

papapa, pozdro 600 i czekajcie na dalsze relacje!




nareszcie troche cieplej! karol wskoczyl w stylowy dresik!






akuku!


ekipa niebieskich recznikow




o tam, tam!


znowu, gdzie gora?


niebezpieczne lodowe szpikulce!


reklama coli






czerwoan kropka to ja


w tym jeziorku prawie zamarzlem, a piwka jak nie bylo tak nie ma


ciekawostka botaniczna


wielka lodowa paszcza!

2009/05/19

dzien 4 = adrenalina

Elo,
Oto kolejna czesc relacji: Wieczorem poprzedniego dnia dotarlismy na camping (jak zwykle) i ugotowalismy sobie kolacje (makaron z sosem pomodorowym - w sumie to nie pamietm co jedlismy, ze moge napisac tak w ciemno, bo ryz jedlismy tylko 3 razy). Nastepnym celem naszej wyprawy bylo Queensland - urokliwe miasteczko polozone w dolince, nad jeziorem, otoczone gorami, kore wszyscy zachwalali i mowili, ze koniecznie musismy je odwiedzic. Jest ono znane przede wszytskim z tego, ze mozna tu uprawiac kazdy sport extermaly! Odwiedzilismy biuro, w ktorym mozna zamowic wszelkiego rodzaju skakanie i latanie i opadly nam szczenki jak zobaczylismy na czym mozna jezdzic, za czym byc ciagnietym, na czym latac, skad skakac i gdzie plywac! Bylo abolutnie wszytsko, wsytsko! Na co my sie zdecydowalismy zobaczycie nizej!

Po drodze do Queenstawn zobaczylismy jedna miejscowke, gdzie mozna skakac na bungy - 47 metrow, co ponoc nie jest hardcorem, bo jest na NZ tez 140 m (ktorego nie udalo sie nam nietety zobaczyc, bo nie zauwazylismy na nia skretu).

Zatrzymalismy sie tez w miasteczku Arrow Town, w ktorym kilkaset lat temu miescily sie osady chinczykow szukajcych zlota. Miasteczko jest bardzo klimatyczne, duzo w nim sklepow ze swiecidelkami (oczywiscie zlotymi). Wydawalo mi sie, ze wszyscy jestemy na tyle dorosli, ze wiemy, ze znalezc zloto nie jest latwo, no ale w chlopakach obudzila sie zylka poszukiwaczow zlota i wypozyczyli za 3 $ tacki i lopatki i babrali sie w rzecze przez pol godziny. Zanlezli cos tam co sie blyskalo i dumni jak pawie poszli do pani, ktora wypozyczla tacki, zeby sie jej pochalic, ona jednak wogole nie byla zachwycona jakie piekne kamyczki znalezli dwaj 21-latkowie i powiedzial, ze to nie jest zloto. No i wtedy dopiero stwierdzili, ze jesli ta przyjemnosc jest taka tania, to nie ma szans zeby tu cokolwiek znalezc...

Pozdro i milego ogladania!!










no i tu mala zagadka dla naszych rodzicow - kto poznaje tam swoje dziecko???







chlopaki szukaja zlota...


Arrowtown


Queenstown



















2009/05/17

dzien 3 - odcinek 2

Elo,
Oto kolejna partia zdjec z 3 dnia. Z tgeo co pamietam w oststniej relacji zatrzymalismy se na tym, ze jedziemy zobaczyc Mt Cook po drodze ogladajac piekne jeziorko i tame. Nie bedzie tym razem dlugiego opisu, bo moje pokaldy energii zwiazane z pisaniem i komputerami sa na wyczerpaniu (2167 slow eseju po angielsku na temat domu i progu oraz moj szalejacy laptop, ktrory nie chce sie wlaczac, zepsuta myszka i komputery na uczelni, ktore wlasnie maja jakis problem z zladowaniem zdjec na bloga i mowia, ze nie moge wlaczyc skype, bo to nie mam przywilejow to za duzo... aha jeszcze moja legitymacja, ktora jest rownoczesnie karta do drukowania i kserowania tez nie dziala - komputer mnie informuje, ze konto bfiszer nie istnieje) a Janka nie na w poblizu i tym razem nie napisze nic za mnie. Nie wiem, czy opsanie wam moich kloptow zastapi szczegolowa relacje z kolejnego dnia wyprawy...

No, nie wiem... ja (Janek) napisalem 2380 slow o jakims dziwacznym filmie dokumentalnym o Louisie Kahnie, ale wiem, ze przyjaciele to jedna z najwazniejszych rzeczy i chociaz palce bola od klawiatury, glowa od myslenia a oczy od patrzenia, to wiem, ze z niecierpliwoscia czekacie na kazde wiesci od nas i postaram sie cos wrzucic.(baha:Janek mi sie bez pytania wbil na komputer i pisze takie rzeczy! Na swoja obrone mam to, ze robie dla was zdjecia i przy kazdym jednym mysle o was i chce zrobic to najpiekniejsze... dla was rzecz jasna - koniec bo myszka przy tym komputzrze sie tez psuje)

a wiec druga czesc zdjec to nasza popoludniowa wyprawa na mt. cook zrobilismy sobie 3 godzinna wycieczke. wprawdzie na sama gore sie nie da wyjsc, bo to wyzwanie dla prawdziwych himalaistow, ale da sie podejsc pod gore i zobaczyc jezory lodowcow, ktore scodza z gory. lodowce nawet fajne, w przekroju niebiesciutkie, ale u gory maja strasznie duzo jakiegos syfu i sa cale szare - jak widzicie na niektorych zdjeciach krajobraz nieco ksiezycowy. a woda, ktora spod nich wyplywa jest po prostu okropna! cala szara i na 10 centymetrow nawet nie widac. no i oczywiscie z tych zimniejszych, czego doswiadczylem zle oceniajac odleglosc z jednego brzegu strumyka na drugi...

a na koniec ciekawostka: mt cook ma aktualnie 3754 metry, ale jeszcze nie tak dawno byla o 10 metrow wyzsza! w nocy jakiegos tam dnia w 1992 roku urwal jej sie czubek. woda gdzies tam w jakies szczeliny wplynela i potem zamarzla. potem FIZYKA ZROBILA SWOJE i kawalek skaly odpadl! tym naukowym akcentem konczymy nasza dzisiejsza relacje

pozdro!


gora z daleka




strasznie duzo kamolcow. karol i gabi na jakis podchodach


most wiszacy rodem ze shreka...


a na dole strasznie brudna woda!


studenciaki na kamieniu


brudas


poezja