2009/06/26
2009/06/24
dzien 10 i ostatni - auckland
elo, elo!
nadszedl nareszcie czas na kolejny, ostatni juz niestety odcinek relacji z nowej zelandii. po paru cholernie deszczowych dniach na polnocnej wyspie wreszcie wyszlo slonce i moglismy sie troche podsuszyc. rano oddalismy auto, bez zadnych uszkodzen, ale za to z malymi, jak zwykle przygodami. baha zorientowala sie, ze nie ma jakiejstam saszetki z dokumentami, w ktorej bylo min ksero karty kredytowej. po godzinnych, bezowocnych poszukiwaniach stwierdzilismy, ze jedynym miejscem, w ktorym to moze byc jest taka szpara,k tora mielismy za szafkami w campervanie. niestety nijak sie tam nie dalo dostac, wiec w sukurs przyszli panowie z wypozycalni camperow uzbrojeni w srubokrety, klucze i takie tam. wyjeli lodowke i chyba mikrofalowke i na szczescie bachy saszeta tam byla.
ruszylismy wiec w podboj auckland. zaczelismy od wiezy - nieco wyzszej niz wieza eiffla! widok dosyc niesamowity, jeszcze lepsi byli goscie, ktorzy z tej wiezy zjezdzali na linie z jakas straszna predkascia - oczywiscie za jedyne 175$. pozniej podzielilismy sie na dwie grupy i byl CZAS WOLNY! baha, gabi i ja poszlismy w jedna strone, a karol i wera w druga. nie lazilismy raczej po zadnych muzeach ani glaeriach, bo na to mielismy troche za malo czasu, zroblilsmy sobie tylko takis pory spacer dookola miasta. w sumie dosyc ladne, chyba najnowoczesniejsze zmiast na NZ, i w dodatki najwieksze - 1,4 miliona mieszkancow, najwieksze skupisko polinezyjczykow. mnie chyba jednak do gustu osobiscie bardziej przypadlo wellington albo christchurch.
o 9 wieczor spotkalismy sie i poszlismy do bary na sushi. w sumie to wczesniej bylem sceptycznie nastawiony do jedzenia surowych ryb pozawijanych w glony, ale to w auckland bylo pyszne i dosyc tanie. przesiedzielismy tam z dwie godziny albo i lepiej i ledwo z tamtad wyszlismy. no i nie pozostalo nam potem nic innego, jak pozegnac sie z nowa zelandia i jechac na lotnisko, gdzie nastepnego rana mielismy samolot do sydney. na lotnisku rozrywke zapewnila nam baha, ktora tym razem zgubila gdzies aparat i postawial nas w stan pogotowia. po wykonaniu paru telefonow do taksowek i takich miejsc, okazalo sie, ze pani sprzataczka gdzies go znalazla. ciekawe byly jeszcze takie dzieci, ktore wpadly na pomysl, ze rozerwa sie troszke... jezdzac tam i z powrotem na wozkach inwalidzkich, ktore gdziestam staly do dyspozycji niepelnosprawnych. dzieci mialy w kazdym razie niela frajde.
noc na lotnisku wyjatkowo wygodna, podloga troche twarda, ale byl spiwor i plecak pod glowa, wiec suma sumarum dosc komfortowo. moze troche nieodpowiedzialnie w dobie swinskiej grypy szalejacej podowczas w NZ, ale jak widac po miesiacu - nic nam nie jest. tutaj chlopaki w launceston maja teorie, ze to amerykanie wpuscili tego wirusa do obiegu, zeby odwrocic uwage mediow od GLOBALNEGO KRYZYSU.
REASUMUJAC, nowa zelandia piekny kraj, goroco polecam, chociaz to straaasznie daleko. szkoda tylko, ze tak krotko tam bylismy, bo zwiedzac nysle mozna spokojnie przez co najmniej 3 tygodnie albo i miesiac. pogoda byla dla nas w miare laskawa, co tez sie liczy. fajny skrawek ziemi na koncu swiata.
pozdro 600!



za oknem wisi na linie chlop

pakujemy manatki


sklep z lodkami...

poezja

romantyczna zamula i to w dodatku z gabi

trawnik pod muzeum

styl dorycki, klasyka...

was na rapie

telewizor (pracownik miesiaca na zywo)






wulgarne zabawy slowne
nadszedl nareszcie czas na kolejny, ostatni juz niestety odcinek relacji z nowej zelandii. po paru cholernie deszczowych dniach na polnocnej wyspie wreszcie wyszlo slonce i moglismy sie troche podsuszyc. rano oddalismy auto, bez zadnych uszkodzen, ale za to z malymi, jak zwykle przygodami. baha zorientowala sie, ze nie ma jakiejstam saszetki z dokumentami, w ktorej bylo min ksero karty kredytowej. po godzinnych, bezowocnych poszukiwaniach stwierdzilismy, ze jedynym miejscem, w ktorym to moze byc jest taka szpara,k tora mielismy za szafkami w campervanie. niestety nijak sie tam nie dalo dostac, wiec w sukurs przyszli panowie z wypozycalni camperow uzbrojeni w srubokrety, klucze i takie tam. wyjeli lodowke i chyba mikrofalowke i na szczescie bachy saszeta tam byla.
ruszylismy wiec w podboj auckland. zaczelismy od wiezy - nieco wyzszej niz wieza eiffla! widok dosyc niesamowity, jeszcze lepsi byli goscie, ktorzy z tej wiezy zjezdzali na linie z jakas straszna predkascia - oczywiscie za jedyne 175$. pozniej podzielilismy sie na dwie grupy i byl CZAS WOLNY! baha, gabi i ja poszlismy w jedna strone, a karol i wera w druga. nie lazilismy raczej po zadnych muzeach ani glaeriach, bo na to mielismy troche za malo czasu, zroblilsmy sobie tylko takis pory spacer dookola miasta. w sumie dosyc ladne, chyba najnowoczesniejsze zmiast na NZ, i w dodatki najwieksze - 1,4 miliona mieszkancow, najwieksze skupisko polinezyjczykow. mnie chyba jednak do gustu osobiscie bardziej przypadlo wellington albo christchurch.
o 9 wieczor spotkalismy sie i poszlismy do bary na sushi. w sumie to wczesniej bylem sceptycznie nastawiony do jedzenia surowych ryb pozawijanych w glony, ale to w auckland bylo pyszne i dosyc tanie. przesiedzielismy tam z dwie godziny albo i lepiej i ledwo z tamtad wyszlismy. no i nie pozostalo nam potem nic innego, jak pozegnac sie z nowa zelandia i jechac na lotnisko, gdzie nastepnego rana mielismy samolot do sydney. na lotnisku rozrywke zapewnila nam baha, ktora tym razem zgubila gdzies aparat i postawial nas w stan pogotowia. po wykonaniu paru telefonow do taksowek i takich miejsc, okazalo sie, ze pani sprzataczka gdzies go znalazla. ciekawe byly jeszcze takie dzieci, ktore wpadly na pomysl, ze rozerwa sie troszke... jezdzac tam i z powrotem na wozkach inwalidzkich, ktore gdziestam staly do dyspozycji niepelnosprawnych. dzieci mialy w kazdym razie niela frajde.
noc na lotnisku wyjatkowo wygodna, podloga troche twarda, ale byl spiwor i plecak pod glowa, wiec suma sumarum dosc komfortowo. moze troche nieodpowiedzialnie w dobie swinskiej grypy szalejacej podowczas w NZ, ale jak widac po miesiacu - nic nam nie jest. tutaj chlopaki w launceston maja teorie, ze to amerykanie wpuscili tego wirusa do obiegu, zeby odwrocic uwage mediow od GLOBALNEGO KRYZYSU.
REASUMUJAC, nowa zelandia piekny kraj, goroco polecam, chociaz to straaasznie daleko. szkoda tylko, ze tak krotko tam bylismy, bo zwiedzac nysle mozna spokojnie przez co najmniej 3 tygodnie albo i miesiac. pogoda byla dla nas w miare laskawa, co tez sie liczy. fajny skrawek ziemi na koncu swiata.
pozdro 600!

za oknem wisi na linie chlop
pakujemy manatki
sklep z lodkami...
poezja
romantyczna zamula i to w dodatku z gabi
trawnik pod muzeum
styl dorycki, klasyka...
was na rapie
telewizor (pracownik miesiaca na zywo)
wulgarne zabawy slowne
2009/06/21
dzien 9 - wulkany - auckland
elo!
post codziennie, zauwazyliscie, ze was rozpieszczamy? ale chwilowo nie mamy za duzo do roboty, powoli pakujemy swoje rzeczy, wywozimy, probojemy sprzedac auto... ja jeszcze proboje sie co jakis czas dodzwonic do moich rodzicow, ale chyba sie juz wyprowadzili z zybli, bo ostatnio udalo mi sie ich zastac chyba z 2 tygodnie temu.
czas na relacje z 9 dnia wyprawy do NZ, bo mielismy maly przestoj. tak wiec, jesli dobrze licze, to jestesmy (a wlasciwie bylismy ponad miesiac temu - strasznie szybko leci, nie? moja babcia jest chyba najlepiej zorientowana w odliczaniu dni) gdzies pomiedzy wulkanem ruapuehu i ngarhuoe a auckland. niestety tak jak caly czas na polnocnej wyspie lal deszcz i mielismy duzo do przejechania, wiec nie bylo jakos kosmicznie, ale co zobaczylismy to nasze.
ja postanowilem rano wstac dwie godziny przed wszystkimi i zrobc sobie maly bushwalking, gdyz reszta ekipy sie jakos do tego nie bardzo palila, i w sumie to mnie to nie za bardzo dziwilo, bo jak rano wystawilem glowe do spiwora to tez mi sie odechcialo. ale silna wola to podstawa i wyruszylem do takiego jeziorka na przeleczy pomiedzy tymi wulkanami. trasa 3 h w jedna strone, wiec nie liczylem, ze mi sie uda tam dotrzec. postanowilem jednak podbiec troche i po godzinie z minutami dotarlem tam gdzie chcialem. na wulkanie krajobraz ksiezycowy - wszedzie tylko szare kamolce, duzo szarego blota bo caly czas lalo, porosty i jakies male krzaki (mam nadzieje, ze gabi tego nie przeczyta, bo by mnie zlinczowala za takie luki w edukacji w dziedzinie botaniki). jeziorko natomiast ciekawe, bo to po prostu woda wypelnila maly, wygasly krater. powrot nie byl juz taki wesoly, bo lalo jeszcze bardziej i padal grad. niestety nie ma zadnych zdjec bo aparatu ze soba nie wziolem, a w dodatku caly czas byla mgla, wiec i tak g bylo widac.
o 9 czy jakos tak wyruszylismy w strone roturuy - miasteczka slynacego z goracych zrodel, gejzerow i tak dalej. po drodze jeszcze zahaczylismy o miejscowke o nazwie craters of the moon - takie duze pole pelne dziur, w ktorych cos bulgotalo i sie z nich dymilo. w sumie bardzo fajnie to wygladalo. w niektorych miejscach ziemia byla taka goraca, ze sie mozna bylo poparzyc. niestety dalej spotkal nas niemily zawod. najtansze ogladanie gejzera kosztowalo 32$ od osoby (ponad 60 zl), i to ten byl w dodatku taki, co wybuchal nieregularnie i nie wiadomo bylo, czy wogole sie cos zobaczy. inny natomiast, troche pewniejszy (38 razy na dobe leci z niego para) kosztowal juz 50$. gejzery wiec sobie odpuscilismy. wpadlismy wiec na pomysl, ze moze przynajmniej w goracym zrodle sie popluskamy. zajechalismy do jakiegos czegos o nazwie thermal village. no, ale jak spytalismy sie pani w recepcji, czy mozna sie tu wykompac, to zostalismy opierniczeni, ze tu sie nie kompie, ze tu mieszkaja prawdziwi rdzenni nowozelandczycy, i ze tu mozna SHARE THE CULTURE z maorysami. dzielenie kultury zaczynalo sie od 300$ za dzien.
postanowilismy sobie jednak odpuscic termalne atrakcje (orawica na slowacji jest w koncu z 3 godziny drogi od krakowa) i jechac do auckland, gdzie nastepnego dnia oddawalismy auto. po drodze zahaczylismy od hobbiton - farme , na ktorej krecili wladce pierscieni i byly pobudowane te wszystkie chatki i zagrody hobbitow. ale tamtego dnia nie mielismy za duzo szczescia i hobbiton oczywiscie okazal sie zamkniety.
w strugach deszczu dotarlismy do przedmiesc auckland...


baha smutna...

craters of the moon - 6$


ekstremalnie dluga maoryska nazwa miejscowosci (na tabliczce pod spodem)

paprotka od gabi
post codziennie, zauwazyliscie, ze was rozpieszczamy? ale chwilowo nie mamy za duzo do roboty, powoli pakujemy swoje rzeczy, wywozimy, probojemy sprzedac auto... ja jeszcze proboje sie co jakis czas dodzwonic do moich rodzicow, ale chyba sie juz wyprowadzili z zybli, bo ostatnio udalo mi sie ich zastac chyba z 2 tygodnie temu.
czas na relacje z 9 dnia wyprawy do NZ, bo mielismy maly przestoj. tak wiec, jesli dobrze licze, to jestesmy (a wlasciwie bylismy ponad miesiac temu - strasznie szybko leci, nie? moja babcia jest chyba najlepiej zorientowana w odliczaniu dni) gdzies pomiedzy wulkanem ruapuehu i ngarhuoe a auckland. niestety tak jak caly czas na polnocnej wyspie lal deszcz i mielismy duzo do przejechania, wiec nie bylo jakos kosmicznie, ale co zobaczylismy to nasze.
ja postanowilem rano wstac dwie godziny przed wszystkimi i zrobc sobie maly bushwalking, gdyz reszta ekipy sie jakos do tego nie bardzo palila, i w sumie to mnie to nie za bardzo dziwilo, bo jak rano wystawilem glowe do spiwora to tez mi sie odechcialo. ale silna wola to podstawa i wyruszylem do takiego jeziorka na przeleczy pomiedzy tymi wulkanami. trasa 3 h w jedna strone, wiec nie liczylem, ze mi sie uda tam dotrzec. postanowilem jednak podbiec troche i po godzinie z minutami dotarlem tam gdzie chcialem. na wulkanie krajobraz ksiezycowy - wszedzie tylko szare kamolce, duzo szarego blota bo caly czas lalo, porosty i jakies male krzaki (mam nadzieje, ze gabi tego nie przeczyta, bo by mnie zlinczowala za takie luki w edukacji w dziedzinie botaniki). jeziorko natomiast ciekawe, bo to po prostu woda wypelnila maly, wygasly krater. powrot nie byl juz taki wesoly, bo lalo jeszcze bardziej i padal grad. niestety nie ma zadnych zdjec bo aparatu ze soba nie wziolem, a w dodatku caly czas byla mgla, wiec i tak g bylo widac.
o 9 czy jakos tak wyruszylismy w strone roturuy - miasteczka slynacego z goracych zrodel, gejzerow i tak dalej. po drodze jeszcze zahaczylismy o miejscowke o nazwie craters of the moon - takie duze pole pelne dziur, w ktorych cos bulgotalo i sie z nich dymilo. w sumie bardzo fajnie to wygladalo. w niektorych miejscach ziemia byla taka goraca, ze sie mozna bylo poparzyc. niestety dalej spotkal nas niemily zawod. najtansze ogladanie gejzera kosztowalo 32$ od osoby (ponad 60 zl), i to ten byl w dodatku taki, co wybuchal nieregularnie i nie wiadomo bylo, czy wogole sie cos zobaczy. inny natomiast, troche pewniejszy (38 razy na dobe leci z niego para) kosztowal juz 50$. gejzery wiec sobie odpuscilismy. wpadlismy wiec na pomysl, ze moze przynajmniej w goracym zrodle sie popluskamy. zajechalismy do jakiegos czegos o nazwie thermal village. no, ale jak spytalismy sie pani w recepcji, czy mozna sie tu wykompac, to zostalismy opierniczeni, ze tu sie nie kompie, ze tu mieszkaja prawdziwi rdzenni nowozelandczycy, i ze tu mozna SHARE THE CULTURE z maorysami. dzielenie kultury zaczynalo sie od 300$ za dzien.
postanowilismy sobie jednak odpuscic termalne atrakcje (orawica na slowacji jest w koncu z 3 godziny drogi od krakowa) i jechac do auckland, gdzie nastepnego dnia oddawalismy auto. po drodze zahaczylismy od hobbiton - farme , na ktorej krecili wladce pierscieni i byly pobudowane te wszystkie chatki i zagrody hobbitow. ale tamtego dnia nie mielismy za duzo szczescia i hobbiton oczywiscie okazal sie zamkniety.
w strugach deszczu dotarlismy do przedmiesc auckland...

baha smutna...
craters of the moon - 6$
ekstremalnie dluga maoryska nazwa miejscowosci (na tabliczce pod spodem)
paprotka od gabi
Subskrybuj:
Posty (Atom)