2009/07/01

no i koniec...

no, i niestety nadszedl koniec naszej tasmanskiej wyprawy... jutro o 6.30 rano mamy samolot do melbourne, lecimy razem z moimi rodzicami. dzisiaj ostatnia wizyta na UNI, wera, kraol i gabi pod nasza nieobecnasc zajeli sie (mam nadzieje) wywozeniem mebli, sztuccow, materacy i innych takich rzeczy. my juz wlasciwie jesteswmy spakowani, jeszcze jakas tam kosmetyka zostala.

mnie osobiscie troszke szkoda stad wyjezdzac, niewielki pipek na poludniu australli okazal sie byc bardzo sympatyczna wysepka. polubilismy nawet niewielkie lonnie, w ktorym w koncu spedzilismy 5 miesiecy. pozegnalismy sie z wszystkimi znajomymi z UNI, co drugi obiecuje, ze nas w polsce odwiedzi... co z tego bedzie to zobaczymy za jakis czas, mam nadzieje, ze sie z nimi jeszcze jakos zobaczymy. z drugiej strony, jak mysle, ze za 3 tygodnie i troche zobacze was wszystkich w krakowie (na lotnisku mam nadzieje :) to sie cieplej na sercu robi.

dziekuje wszystkim za wytrwalosc w odwiedzaniu tasmanskiego bloga, chociaz to jeszcze nie koniec australijskiej wyprawy. w miare mozliwosci postaramy sie relacjonowac przebieg naszej siedmiotysiecznej podrozy po mainlandzie!

wielkie pozdro i do zobaczenia w KRK

2009/06/28

falcon

Elo, elo!
Dobra widomosc - w czwartek udalo sie nam sprzedac Falcona. Przepraszam, ze piszmey dopiero teraz, ale Janek sie uparl ze post o puzzlach jest wazniejszy niz to, ze pozbylismy sie cuchnacego grata i jeszcze dostalismy za to 800$. Kupila go od nas mila pani (Karol twierdzi, ze miala tatuaze na dekolcie) i wziela wszytskie szpeje, ktore z nim dostalismy (kuchanke turystyczna z pusta butla gazowa, namiot bez jednego masztu, 2 plastikowe pudla z nie do konca jeszcze obadana przez nas zawartoscia, krzesla i stolik turystyczny i pilka do nogi) i pojechala. Mam nadzieje, ze falcon bedzie jej dobrze sluzyl no i bardzo mnie ciekawi, kiedy sie zorientuje ze nie dziala licznik kilometrow (nam to zajelo tak 30 km jazdy) i ze gdy jedzie sie pod gore to gotuje sie silnik, a przy zjezdzie hamulce. NIe mamy wyrzutow sumienia, ze sprzedalismy jej "kota w worku", bo byla z nim u mechanika (15 minut) i stwierdzial, ze i tak jest lepszy od jej poprzedniego auta.

Janek dobijajac targu z pania prezentowal wszytskie dokumenty jakie mamy i prawie wreczyl tez kartke z warsztatu na ktorej byly wypisane i wycenione (na 1400$) wszytskie konieczne naprawy:)


ostatnie spojrzenie na flacona:( - to ten po prawej



tak pozatym, to jestemy juz wlasciwie calkiem spakowani, rodzice Wery dzis wylatuja do Melbourne, a jutro przyjatuja stamtad rodzice Janka, no a potem (2/07) wszyscy razem lecimy do Melbourne skad biezemy campera i wyruszamy na podboj Australii. Nie wiem czy przed wyjazdem na mainland cos jeszvcze wrzucimy, ale obiecujemy wrzucac w miare mozliwosci cos w trakcie wyprawy. No i to chyba koniec pisania z Lonny...