2011/04/29

Florydy ciąg dalszy

Cześć,

No wreszcie sie jako tako ogarnęłam i mam czas opisac do końca wycieczkę na Florydę. Skończyłam na Miami.

Kolejne dni spędziliśmy poza dużymi miastami. Najpierw wybraliśmy się do największego rezerwatu przyrody na świecie: Everglades National Park. Tam pojechaliśmy na farmę aligatorów, gdzie pokazywali nam jak karmią aligatory i potem wsiedliśmy do airboat-u, czyli tej łódki co widać na zdjęciu i po bagnach płyneliśmy bardzo szybko i oglądaliśmy zwierzynę. Głównie właśnie aligatory, żółwie i inne gady.

Było mega gorąco więc postanowiliśmy wjechać wgłąb rezerwatu. Tam znaleźliśmy takie dwie trasy piesze. Jedna, co się idzie po drewnianej kładce, nad wodą i bagniskami i oglądaliśmy dziwne jakieś ptaki, czaple czarne i jeszcze więcej aligatorów. Potem poszliśmy na drugą trasę, taką prowadzącą troche bardziej jakby przez dżunglę. I tam było troszke chłodniej :)

Everglades nas troche wykończyło upałem. Wyjeżdżając z parku naszym oczom ukazały się bramy Niebios: "Robert Is Here", czyli zimne shake'i owocowo-lodowe, robione na poczekaniu, z każdego tropikalnego owoca jakiego można sobie wymyślić, albo nawet ciężko wymyślić chyba :)

I tam sobie zjedliśmy/wypiliśmy i ożyliśmy troche. Po Everglades pojechaliśmy do Key West. Wyspy Florida Keys są niewielkim archipelagiem tworzącym jedną linię, tak jakby przedłużając linię półwyspu w kierunku południowo-zachodnim. Są połączone mostami, a ostatnia z nich, Key West, jest oddalona od Kuby o 90 mil (czyli bliżej do Hawany niż na Flo). Więc jechaliśmy jakieś 3h mostami i wysepkami i dojechaliśmy na sam koniec, gdzie urzędują już prawie sami latynosi. Ogromne palmy, egzotyczna roślinność i czysta woda z każdej strony zrobiła na nas miłe wrażenie. Wujek Samotna Planeta (nasz podręczny przewodnik) poradził nam pyszne miejsce do zjedzenia ryby. Na środku skrzyżowania stała kartonowa, rozlatująca się buda, gdzie stołują się prawdziwi hardkorowcy. Nie było wątpliwości, że tam właśnie zjemy. Wojtek schrupał Mahi-Mahi, a ja Grouper'a, podobno były to ryby :) Bardzo dobre z resztą.

Z Key West jechaliśmy długo długo, na noc zajechaliśmy do Homestead. Rano wyruszyliśmy znów do Everglades, tym razem do "wioski", a raczej stacji wędkarsko-łódkowej Flamingo, na końcu cypla Florydy. Znowu był upał okropny. Wypożyczyliśmy sobie rowery i pojechaliśmy przez taką dżunglę w nieznane. Na końcu nieznanego okazało się być schowane jezioro i paru wędkarzy. Wróciliśmy tą samą drogą i wycieczka skończyła się popołudniu, kiedy wsiedliśmy w nasz super wóz i pojechaliśmy do Fort Lauderdale, miasta na północ od Miami. Tam wykąpaliśmy się w Atlantyku i poszliśmy spać.

Następnego dnia strasznie lało. Pojechaliśmy na lotnisko, gdzie oddaliśmy samochód. Samolot opóźnił się niestety 9 godzin.. Już myśleliśmy, że nie polecimy i część osób wracała do domów. Była wichura i mgła i samoloty nie latały. Wreszcie się uspokoiło i podstawili nasz samolocik, tak że o 3 w nocy wylądowaliśmy w Knoxville, Tennessee :)

To tyle przygód z Florydy,
pozdrawiam serdecznie wszystkich Słuchaczy,

Ola (plus Wojcio!)









































2 komentarze:

  1. Patrząc na krokodyle aż ciśnie się na język stwierdzenie, :pa, jaka menda. Jednakże to kulturalny blog, więc bez takich bezeceństw obmierzłych. Pozdrawiam Kosa

    OdpowiedzUsuń
  2. a w tropikalnej selecji to serwują prawdziwego papaja?
    wybaczcie podejrzliwosc ale mam obawy ze to zwyczajny bosman

    pozdrawiam całą wycieczke
    julek

    OdpowiedzUsuń