Cześć,
Ciąg dalszy naszej opowieści zawija do miasta położonego na granicy stanów Tennessee i Arkansas, nad rzeką Missisipi. Dokładnie do Memphis, stolicy bluesa (stad pochodza Johnny Cash i B.B. King), a przede wszystkim znanego z Graceland – posiadłości Elvisa Presleya, który, jak wszyscy wiemy, wciąż gdzieśtam żyje.
Zajechaliśmy wieczorem wiec wszystkie muzea były już zamknięte. Znaleźliśmy nasz hotel w dzielnicy Graceland, niedaleko domu Elviego. Dzielnia okazała się być całkowicie murzyńska, chyba byliśmy jedynymi „white-trash’ami” dlatego nie spacerowaliśmy wieczorkiem za dużo po tej okolicy.
W zamian, pojechaliśmy zakosztować słynnego Memphisowego B-B-Q (czyt. Barbeque), które wujek Lonelyplanet uznaje za najlepsze w całych Stanach. Jak się okazało, dobry wujcio nie kłamał. Mięsko pyszne, polane sosem barbeque, podawane z czerwoną fasolką i sałatką, do tego studnia coca coli i frytek. Wszystko razem: mega pycha!
Po jedzeniu postanowiliśmy się przejść po centrum Memphis, a, że temperatura była już dość wysoka (jakieś 25 stopni), to tym bardziej chciało nam się iść. Pierwsze co zobaczyliśmy, to karoce zaprzęgnięte w konie, ale nie takie tradycyjne, jak w Krakowie, tylko takie w kształcie dyni, jak w Kopciuszku :) I oświetlone milionem światełek, aż miło było patrzeć na te powozy jak z bajki.
Ale szliśmy dalej. W centrum właśnie miasto Memphis obchodziło ST. Patrick’s Day i była wielka fiesta. Ulice pozamykane dla samochodów, ludzie łazili środkiem, poubierani na zielono, w zielonych kapeluszach i piórach, wszycy dzierżyli jakieś trunki w dłoniach. Nie mogę zapomnieć o muzyce, która dominowała całe to widowisko, z każdego kąta inne, wesołe rytmy bluesa, lub też rock’n’rolla. Był obowiązkowy typ przebrany za Elvisa i różni inni przebierańce. Najbardziej podobał nam się zespół murzynów grających rzeczywiście super bluesa, siedliśmy sobie tam na murku i podziwialiśmy. Wojtusiowi buzia się śmiała :)
Zmęczeni pojechaliśmy już do hotelu, w drodze powrotnej przejechaliśmy jeszcze mostem nad rzeką Missisipi.
W hotelu i podczas nocy murzyny pokazały nam kto rządzi w Graceland. Ciągłe krzyki i impreza, a przede wszystkim raperska nuta nie opuszczały nas do samego rana. Jak się obudziliśmy to wreszcie było cicho :)
I pojechaliśmy zobaczyć dom Elvisa. Okazało się jednak, że nie można sobie tam tak samemu kupić bilet i wejść, tylko się tam wjeżdża takim busem i to jest „tour” i jest piekielnie drogo i idzie się w kupie z kupą amerykanów. Więc olaliśmy to muzeum, bo mieliśmy jeszcze kawał drogi tego dnia do przejechania. Wstąpiliśmy jedynie do sklepu z souvenirami, gdzie było pełno fajowych gadżetów pod tytułem „kocham Elvisa” czy „Elvis żyje”, czy „Przepisy wg Elvisa” itd. Był też Potatohead (z Toys Story) jako Elvis :)
Zapakowaliśmy się do auta i wyjechaliśmy z Memphis, wyjeżdżając tym samym z naszego Tennessee. Przejechaliśmy całe Arkansas w szerz, by wjechać do Oklahomy. Tu już nie będę zdradzać tajemnicy tego pobytu, bo tą historię opowie Wam Matejko.
Dziękuję, Dobranoc,
Ola










Ciąg dalszy naszej opowieści zawija do miasta położonego na granicy stanów Tennessee i Arkansas, nad rzeką Missisipi. Dokładnie do Memphis, stolicy bluesa (stad pochodza Johnny Cash i B.B. King), a przede wszystkim znanego z Graceland – posiadłości Elvisa Presleya, który, jak wszyscy wiemy, wciąż gdzieśtam żyje.
Zajechaliśmy wieczorem wiec wszystkie muzea były już zamknięte. Znaleźliśmy nasz hotel w dzielnicy Graceland, niedaleko domu Elviego. Dzielnia okazała się być całkowicie murzyńska, chyba byliśmy jedynymi „white-trash’ami” dlatego nie spacerowaliśmy wieczorkiem za dużo po tej okolicy.
W zamian, pojechaliśmy zakosztować słynnego Memphisowego B-B-Q (czyt. Barbeque), które wujek Lonelyplanet uznaje za najlepsze w całych Stanach. Jak się okazało, dobry wujcio nie kłamał. Mięsko pyszne, polane sosem barbeque, podawane z czerwoną fasolką i sałatką, do tego studnia coca coli i frytek. Wszystko razem: mega pycha!
Po jedzeniu postanowiliśmy się przejść po centrum Memphis, a, że temperatura była już dość wysoka (jakieś 25 stopni), to tym bardziej chciało nam się iść. Pierwsze co zobaczyliśmy, to karoce zaprzęgnięte w konie, ale nie takie tradycyjne, jak w Krakowie, tylko takie w kształcie dyni, jak w Kopciuszku :) I oświetlone milionem światełek, aż miło było patrzeć na te powozy jak z bajki.
Ale szliśmy dalej. W centrum właśnie miasto Memphis obchodziło ST. Patrick’s Day i była wielka fiesta. Ulice pozamykane dla samochodów, ludzie łazili środkiem, poubierani na zielono, w zielonych kapeluszach i piórach, wszycy dzierżyli jakieś trunki w dłoniach. Nie mogę zapomnieć o muzyce, która dominowała całe to widowisko, z każdego kąta inne, wesołe rytmy bluesa, lub też rock’n’rolla. Był obowiązkowy typ przebrany za Elvisa i różni inni przebierańce. Najbardziej podobał nam się zespół murzynów grających rzeczywiście super bluesa, siedliśmy sobie tam na murku i podziwialiśmy. Wojtusiowi buzia się śmiała :)
Zmęczeni pojechaliśmy już do hotelu, w drodze powrotnej przejechaliśmy jeszcze mostem nad rzeką Missisipi.
W hotelu i podczas nocy murzyny pokazały nam kto rządzi w Graceland. Ciągłe krzyki i impreza, a przede wszystkim raperska nuta nie opuszczały nas do samego rana. Jak się obudziliśmy to wreszcie było cicho :)
I pojechaliśmy zobaczyć dom Elvisa. Okazało się jednak, że nie można sobie tam tak samemu kupić bilet i wejść, tylko się tam wjeżdża takim busem i to jest „tour” i jest piekielnie drogo i idzie się w kupie z kupą amerykanów. Więc olaliśmy to muzeum, bo mieliśmy jeszcze kawał drogi tego dnia do przejechania. Wstąpiliśmy jedynie do sklepu z souvenirami, gdzie było pełno fajowych gadżetów pod tytułem „kocham Elvisa” czy „Elvis żyje”, czy „Przepisy wg Elvisa” itd. Był też Potatohead (z Toys Story) jako Elvis :)
Zapakowaliśmy się do auta i wyjechaliśmy z Memphis, wyjeżdżając tym samym z naszego Tennessee. Przejechaliśmy całe Arkansas w szerz, by wjechać do Oklahomy. Tu już nie będę zdradzać tajemnicy tego pobytu, bo tą historię opowie Wam Matejko.
Dziękuję, Dobranoc,
Ola
Most na ostatnim zdjęciu z pewnością jest dziełem sławnego architekta-konstruktora, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać - Janusza Rembielaka. Pozdrawiam Jan
OdpowiedzUsuńogromna ilość informacji i opisów.
OdpowiedzUsuńcały tydzień podróży nadrobiony!
a John Kennedy był 35 prezydentem,
wstawka z wikipedii w poście Mateusza zupełnie mnie nie zdziwiła ;)
podoba mi się zielony autobus.
całuję,
marta
karoca na klasie!!
OdpowiedzUsuńmagda m.