2009/06/04

dzien 7 - picton - wellington - porirua

elo, elo!

Oddalismy we wtorek wszystko, co mielismy oddac, nie obylo sie oczywiscie bez malych przygod. baska siedziala na UNI bez spania do 11 rano, a wera i karol wrocili do domu o 7. ja za to skonczylem wieczorem, i zamiast to spokojnie wrzucic do dropboxa (taki folder na serwerze szkolnym, gdzie do ktorejstam godziny usimy wpakowac elektroniczna kopie tego co zrobilismy, bo inaczej obnizaja ocene), to poszedlem do domu nie robiac tego. no i musialem nastepnego dnia rano leciec na uni, oczywiscie zaspalem i sie spoznilem o 5 minut. ale mam nadzieje, ze nic mi nie obetna. no, ale to jeszcze nie koniec zmagan na uni, bo czekaja nas prezentacje projektow (wera i karol maja za soba, bo mieli dzisiaj, gabi jeszcze wczesniej). baha i ja mamy w poniedzialek i we wtorek. potem musimy jeszcze zlozyc portfolio z wszystkim co narysowalismy przez caly semestr i koniec - czekamy na przyjazd rodzicow.

no, to tyle na biezaco u nas, teraz czas na dzien 7 na nowej zelandii. obudzilismy sie rano w picton chyba kolo 6, bo mielismy o 8 rano prom, a trzeba bylo sie za-check-in-owac. bez sniadania, spakowalismy campervana i po sprawdzeniu czy przypadkiem na butach nie przenosimy didymo - jakas tam bakteria, ktorej sie strasznie boja, bo zatruwa wode, czy ziemie - wjechalismy na prom. troce mniejszy niz ten, co plynal z wloch na korsyke, ale tez duzy. sniadanie na pokladzie kosztowalo jakies nieziemskie pieniadze, ale umieralismy z glodu, wiec zjedlismy po kanapce (chyba, bo juz nie pamietam) rejs przez ciesnine trwal 3 godziny, polowa przez taki bardzo ladny fjord, a polowa przez otwarte moze, gdzie nas solidnie wybujalo.

po 3 godzinach doplynelismy do wellington - stolicy NZ, 3 razy mniejszej od auckland. miasto w sumie bardzo fajne, tylko, ze cale zwiedzanie odbywalo sie w solidnym deszczu i wieczor wygladalismy jak zmokle kury. zaczelismy od ogrodu botanicznego, ktorego oczywiscie gabi by nam nie odpuscila, potem zjechalismy taka kolejka jak na gubalowke do centrum, gdzie postanowilismy zazyc troche kultury i odwiedzic TE PAPA museum. perelka architektoniczna wellington - jest na zdjeciach. w sumie wystawa fajna, generalnie o NZ, mozna tam chyba chodzic z dwa dni, bo jest olbrzymie. mnie osobiscie najbardziej podobala sie fontanna w holu i chyba przy niej spedzilem najwiecej czasu, dopoki mniej gosc z ochrony nie opierniczyl (a w szatni pracowala polka, co robila work & travel). fontanna super: kamienna kula, ktora siedziala w takiej kamiennej misie o dokladnie identycznym promieniu. pod kule pompowali wode, wiec miedzy nia a misa byla caly czas cienka warstwa wody, po ktorej kula sie slizgala - miesamowite jest to, ze ta kula, jak wynika z moich szkicowych obliczen wazyla kolo 700 kilo! no, tylko, ze mnie wywalili, jak nia chcialem zakracic...

potem poszlismy na bardzo dobre fish & chips i zrobilismy sobie godzine czasu wolnego, podczas ktorej przemoklismy juz doszczetnie. wieczorem wyjechalismy 20 km za wellington do poriruy, gdzie stanelismy przy jakims parku na kolejny nocleg 'na dziko', chociaz wlasciwie w srodku miasta.

no, to tyle, chcialem wam jeszcze raz bardzo podziekowac za zyczenia!
pozdro milion600!



























3 komentarze:

  1. no proszę Cię Jasiek takie maleństwo miałoby rywalizować z promem Corsica Ferries? ;P ;)
    ogromna ta kula bez kitu, na początku ją sobie wyobraziłam jako takie maleństwo, a później piszesz, że 700 kg.
    a w ogóle to to, że jestes w Australii nie usprawiedliwia błędów ortograficznych i morze się pisze przez RZ! :)
    fajnie, że macie już wszystko za sobą, nam dopiero zaczyna się sesja, dziś spałam 5h i umieram...
    Jasiek była jakaś feta z okazji Twoich urodzin?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo Stary, taka sama kula jest na starowce w Gdańsku ! Tez nia krecilem na non-stopie ! Pogoda wciaz nie na loda, ale co poradzic... 12 milionow600 !!!
    Kosa.

    OdpowiedzUsuń
  3. coś słabo z komentarzami pod tym postem...
    chciałam jeszcze napisać, że fale wypasione :)

    OdpowiedzUsuń