2009/06/24

dzien 10 i ostatni - auckland

elo, elo!

nadszedl nareszcie czas na kolejny, ostatni juz niestety odcinek relacji z nowej zelandii. po paru cholernie deszczowych dniach na polnocnej wyspie wreszcie wyszlo slonce i moglismy sie troche podsuszyc. rano oddalismy auto, bez zadnych uszkodzen, ale za to z malymi, jak zwykle przygodami. baha zorientowala sie, ze nie ma jakiejstam saszetki z dokumentami, w ktorej bylo min ksero karty kredytowej. po godzinnych, bezowocnych poszukiwaniach stwierdzilismy, ze jedynym miejscem, w ktorym to moze byc jest taka szpara,k tora mielismy za szafkami w campervanie. niestety nijak sie tam nie dalo dostac, wiec w sukurs przyszli panowie z wypozycalni camperow uzbrojeni w srubokrety, klucze i takie tam. wyjeli lodowke i chyba mikrofalowke i na szczescie bachy saszeta tam byla.

ruszylismy wiec w podboj auckland. zaczelismy od wiezy - nieco wyzszej niz wieza eiffla! widok dosyc niesamowity, jeszcze lepsi byli goscie, ktorzy z tej wiezy zjezdzali na linie z jakas straszna predkascia - oczywiscie za jedyne 175$. pozniej podzielilismy sie na dwie grupy i byl CZAS WOLNY! baha, gabi i ja poszlismy w jedna strone, a karol i wera w druga. nie lazilismy raczej po zadnych muzeach ani glaeriach, bo na to mielismy troche za malo czasu, zroblilsmy sobie tylko takis pory spacer dookola miasta. w sumie dosyc ladne, chyba najnowoczesniejsze zmiast na NZ, i w dodatki najwieksze - 1,4 miliona mieszkancow, najwieksze skupisko polinezyjczykow. mnie chyba jednak do gustu osobiscie bardziej przypadlo wellington albo christchurch.

o 9 wieczor spotkalismy sie i poszlismy do bary na sushi. w sumie to wczesniej bylem sceptycznie nastawiony do jedzenia surowych ryb pozawijanych w glony, ale to w auckland bylo pyszne i dosyc tanie. przesiedzielismy tam z dwie godziny albo i lepiej i ledwo z tamtad wyszlismy. no i nie pozostalo nam potem nic innego, jak pozegnac sie z nowa zelandia i jechac na lotnisko, gdzie nastepnego rana mielismy samolot do sydney. na lotnisku rozrywke zapewnila nam baha, ktora tym razem zgubila gdzies aparat i postawial nas w stan pogotowia. po wykonaniu paru telefonow do taksowek i takich miejsc, okazalo sie, ze pani sprzataczka gdzies go znalazla. ciekawe byly jeszcze takie dzieci, ktore wpadly na pomysl, ze rozerwa sie troszke... jezdzac tam i z powrotem na wozkach inwalidzkich, ktore gdziestam staly do dyspozycji niepelnosprawnych. dzieci mialy w kazdym razie niela frajde.

noc na lotnisku wyjatkowo wygodna, podloga troche twarda, ale byl spiwor i plecak pod glowa, wiec suma sumarum dosc komfortowo. moze troche nieodpowiedzialnie w dobie swinskiej grypy szalejacej podowczas w NZ, ale jak widac po miesiacu - nic nam nie jest. tutaj chlopaki w launceston maja teorie, ze to amerykanie wpuscili tego wirusa do obiegu, zeby odwrocic uwage mediow od GLOBALNEGO KRYZYSU.

REASUMUJAC, nowa zelandia piekny kraj, goroco polecam, chociaz to straaasznie daleko. szkoda tylko, ze tak krotko tam bylismy, bo zwiedzac nysle mozna spokojnie przez co najmniej 3 tygodnie albo i miesiac. pogoda byla dla nas w miare laskawa, co tez sie liczy. fajny skrawek ziemi na koncu swiata.

pozdro 600!






za oknem wisi na linie chlop


pakujemy manatki




sklep z lodkami...


poezja


romantyczna zamula i to w dodatku z gabi


trawnik pod muzeum


styl dorycki, klasyka...


was na rapie


telewizor (pracownik miesiaca na zywo)












wulgarne zabawy slowne

9 komentarzy:

  1. wieża super! zabawy słowne - cóż, szkoda słów. no ale Janek, jak przwdziwy mężczyzna. Niewykle seksowny zarost!!

    OdpowiedzUsuń
  2. kurcze,milion lat juz nie pisalam, ale wszystko wytlumaczylam basiorkowi i chyba nie ma spiny, strasznie tesknie i umnieram od nauki i egzaminow co 2 dni, wielkie pozdro i juz maluje balony na powitanie na lotnisku
    toska

    OdpowiedzUsuń
  3. janek zapomnial napisac, ze on zostawil saszeteke z kasa i paszportem w kiblu i zorientowal sie po 2 godzinach spokojnego ogladania filmu, tak mniej wiecej na pol godziny przed odlotem jak tlum sie ustawial do wejscia do samolotu.

    tocha, czy moge prosic oprocz balona o peto kielbasy?

    pozdro

    OdpowiedzUsuń
  4. moze dam rodzicom peto kielby na rapie? to byscie mieli w poniedzialek czy kiedy... :)
    wojcio

    OdpowiedzUsuń
  5. yooo :):)
    szkoda, ze to ostatni dzien NZ :( o czym teraz będziecie pisać? :P
    super fajny sklep z łódkami :) kupiliście mi w nim jakiś prezent? :) ;P
    to jak Tośka bierze kiełbase na lotnisko, to ja wezmę prawdziwy polski chleb, co Wy na to? :)
    a w ógole mam bilety na Openera już! tiririririrririri

    OdpowiedzUsuń
  6. dla mnie beztroski Karol na 1zdj jest niemniejszym czarodziejem niz chlop za oknem.
    gra slowna jest z pierwszej ligi. i to w dodatku
    taka troche pro-tybetanska. szkoda ze pewnie Baska robila foto i nie mial kto przytrzymac karteczki z 'lama'.
    ale to dobrze ze bedac tak daleko od domu nie zapominacie zeby cos zrobic dla Sprawy!!!!!

    julek
    WOLNY=TYBET
    DALAJ=RESPECT

    OdpowiedzUsuń
  7. no tak Gabi i wychodzi Twoja rogata dusza... i tak za Bahe się podkładasz prosze, prosze...

    OdpowiedzUsuń
  8. nici z kielbasy w poniedzialek, bo do AU ponoc nie da sie wwozic jedzenia:( nie wiem czy to prawda, ale beagle przeszukuja na lotnisku a one chyba nie maja kloptow z wyczajeniem jedzenia, nie?

    kaja, chleb bardzo chetnie, magda moze sie zajac maslem, bo wie chyba najlepiej jakie lubie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Na zdjeciu z wasem wygladasz troche jak tumiel na zjeździe. kosa.

    OdpowiedzUsuń