2009/05/13

dzien2-Christchurch

Elo, elo!

Nadszedl czas na fotorelacje z dnia drugiego. Wyspalismy sie porzadnie pierwszy raz chyba od miesiaca, bo w campervanie jest z dwa razy cieplej niz u nas w domu, wieczorem przeprowadzilismy probne rozstawianie takiego namiotu, ktory sie doczepia z tylu do auta, zeby bylo wiecej miejsca (poszlo nawet gladko, mimo, ze zatrzymalismy sie na kamieniach).

Wyprawe zaczelismy od zwiedzania Christchurch. Bardzo fajne miasto, nie jakies wielkie, bo ponad dwa razy mniejsze od krk, ale sympatyczne. Podobno najbardziej angielskie z miast nowej zelandii. perwsze dwie godziny spedzilismy na lazeniu w kolko po centrum (rynek nijak sie nie ma do krakowskiego, a neogotycka katedra do kosciola mariackiego, ale jest za to bardzo czysto i ludzie mili). O i jeszcze rozdaja darmowe ulotki z instrukcja co robic na wypadek fali tsunami.

Potem drugie tyle presiedzielismy w ogrodzie botanicznym, ktorego gabi jako prawie architekt krajobrazu nam nie odpuscila. zgubilismy sie chyba z trzy razy zanim sie w koncu razem zebralismy i ruszylismy dalej. potem byla jeszcze galeria sztuki maoryskiej (podobno) - w koncu trzeba kulturalnie spedzac czas. wybralismy jedyna, ktora byla za darmo, poza tym bardzo polecana w przewodniku. trzeba przyznac, ze byla bardzo ladnie polozona, bo w takim neogotyckim kompleksie uniwersytackim, ale w srodku to nie bardzo. chyba po prostu nie mamy jeszcze na tyle uksztaltowanych gustow, zeby nam sie podobalu jakies ryby z metalu za 6000$ albo maziol na pol sciany z jakimis plamami za dwa razy tyle (no, bo to wlasciwie nie bylo muzeum, tylko taka galeria - sklep).

na koniec wsunelismy po kebabie, uzupelnilismy zapasy w jakims supermarkecie i pojechalismy na poludnie, w strone mt Cook. zachaczylismy o polwysep z podobno ladna miejscowoscia akaora, ale nie za wiele zobaczylismy, bo jak tam dojechalismy to bylo juz ciemno. taka mala dygresja - u was dni coraz dluzsze, sloneczko piecze, a u nas juz o 17 z minutami sie ciemno robi :(

pierwszego dnia, na dobry poczatek zrobilismy 330 km i zajechalismy na kemping w peel forest - taka miejscowka, od ktorej w promieniu chyba 50 kilometrow nic nie bylo, a oprocz nas na kempingu byly tylko dwa campervany i ani zywego ducha - troche strasznie. a dojezdzala do tego calego interesu droga, na ktorej prez 20 km nie bylo ani jednego zakretu (to duzo, ale i tak niewiele w prorwnaniu z droga z adelaide do perth w australii, na ktorej jest prosty odcinek o dlugosci 160 km)

no, dobra koniec tych liczb, poogladacie sobie zdjecia (wybierala baha)














8 komentarzy:

  1. Widać, że Basia wybierała zdjęcia bo bardzo artystyczne!! Mini i rowery super!! tylko jakoś tak mocno jesiennie, żeby nie powiedzieć, że zmowo się poubieraliście.
    p.s. wczoraj był ostatni odcinek house w tym sezonie i tak się wszystko pokomplikowało, jak to w życiu zresztą:)

    OdpowiedzUsuń
  2. u nas niestety house poszedl w odstawke juz zmiesiac temu, bo troszke malo czasu. swoja droga to niedobrze, ze szanownej sasiadce sie tak w zyciu komplikuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. hej :)
    bardzo fajne to miasto ;) fajny outdoor tam maja :)
    dobra a co ulotka mowila zeby zrobic jak przyjdzie tsunami?

    OdpowiedzUsuń
  4. Syte miasto na autentyku, napewno tam nie jedza makowca za piecem (julo). Zdjecia bardzo ładne ;) Pozdro i dozo.
    Jasiek Kosa.

    OdpowiedzUsuń
  5. puca boczna na bicyklach jest z tych przednich, reszta takoż z bajki.
    kosa masz kwita.

    pozdrawiam, julek

    OdpowiedzUsuń
  6. widzę że się ostro zakręciliście, sprawa sympatyczna tylko pogoda coś wam chyba nie dopisuje. czekam na dalszą relację i mam nadzieję że zbadaliście tam jakiś kopiec na mały wypad...
    MP

    OdpowiedzUsuń
  7. jak jest tsunami, to trzeba uciekac ze strefy zaznaczonej na mapce na czerwono, z przygotowanym kuferkiem przetrwania. a jak sie nie ma czasu to trzeba wyjsc pietro (jesli sie je ma) a jak sie nie ma czasu i mieszka w domu perterowym, to nie wiem!

    OdpowiedzUsuń
  8. tam sie jezdzi po scianach?
    wojcio

    OdpowiedzUsuń